wtorek, 1 września 2020

Chapter 15

Witajcie, kochani! Tak, tym rozdziałem powraca do was córka marnotrawna, której wieki zajęło, nim zebrała się w sobie i postanowiła ponownie coś napisać. Ten chapter trochę mnie zablokował, ale między napisaniem jego, a 16 minęło znacznie więcej czasu. Mam nadzieję, że nie zawiedzie was to, z czym przychodzę. Dziękuję za waszą cierpliwość! Ps. Jeśli chodzi o końcówkę, to ma wyjść taka naiwna. Efekt zamierzony. Co do wyboru wariantów, postanowiłam wstawiać rozdział miesięcznie. Dzięki temu będziemy dłużej się cieszyć/męczyć historią (niepotrzebne skreślić). Mam nadzieję, że to was nie zawiedzie.
   
Dzisiaj marzę jedynie o tym, aby cały dzień leżeć schowana pod kołdrą i nie wyściubiać spod niej nosa. Nie mam ochoty na kolejne sprzeczki z Blair ani na tłumaczenia się Catii… Mogę się założyć, że pani Allen już wie o tym, w jakim stanie wczoraj wróciłam. Cała noc zeszła mi na obmyślaniu historyjki, żeby miała ręce i nogi. Trochę ulepszyłam wersję, którą przedstawiłam Catii o więcej szczegółów, aby brzmiała bardziej prawdziwie.
To nie mój jedyny problem. Ci kolesie… Ten tajemniczy informator, który mi pomaga… Ci degeneraci, którzy napadli na mnie w szkole… Informacje, których udzielił mi Andrew, zanim postanowił uciec… Wszystko zaczyna mi do siebie pasować. Pozostaje jeden szczegół — po co to wszystko? Co ja im zrobiłam? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej ich spotkała, więc dlaczego? Może po prostu mnie z kimś mylą? Nie jest to całkiem niemożliwe, choć po tym, co wie o mnie informator, raczej marna szansa o pomyłce…
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do stolika, na którym leży mój telefon. Spoglądam na wyświetlacz, aby zobaczyć, która jest godzina. Szósta dwadzieścia trzy. Przesuwam wzrok ze smartfonu na pogrążoną w śnie przyjaciółkę.
Rude włosy opadają w nieładzie na poduszkę, a pojedyncze kosmyki okalają twarz dziewczyny. Piwne oczy ukryte są za powiekami. Na jej ustach maluje się nieznaczny uśmiech — być może to sprawka pięknego snu? Oczywiście, jak to Catia, śpi w połowie odkryta. Gęsia skórka, która widnieje na jej delikatnej skórze sugeruje, że dziewczynie jest zimno.
Podchodzę do łóżka przyjaciółki i zakrywam ją kołdrą aż po samą szyję. Wzdycham ciężko i oddalam się w stronę szafy, z której wyjmuję najpotrzebniejsze rzeczy, żeby się przebrać po prysznicu. Gdy już mam wychodzić, dobiega mnie głos:
— Jak ty o mnie dbasz, mamusiu.
Odwracam się w stronę Catii, która nadal wyleguje się na łóżku z zamkniętymi oczami, jednak uśmiecha się tym razem szeroko.
— Śmiej się, śmiej.
— Gdzieżbym śmiała! — Tej wypowiedzi towarzyszy lekki chichot.
Przewracam teatralnie oczami i pozostawiam to bez komentarza.

***
O dziwo, dzisiejszy dzień przebiega spokojnie. Żadnych niepotrzebnych kłótni, czy przesłuchań. Czuję się, jakbym powróciła do nudnej, szarej rzeczywistości, co niezwykle mnie satysfakcjonuje. Ostatnie wydarzenia w stanowczości mi wystarczą, choć zdaję sobie sprawę, że to cisza przed burzą. Nikt tak łatwo nie odpuszcza, a mnie pozostaje jedynie czekać na jakiś ruch.
— Co o tym sądzisz? — To pytanie wyrywa mnie z zamyślenia.
— O czym? — Robię zakłopotaną minę.
— Jak zawsze w swoim świecie. — Moja rozmówczyni kręci głową z dezaprobatą. — Jutro jest wielkie otwarcie nowego centrum handlowego. Chcemy iść razem z Jordanem i Christianem, żeby pooglądać sobie wystawy, ponabijać się i spędzić ze sobą trochę czasu. No wiesz, tak jak dawniej.
Propozycja Catii wydaje się być naprawdę kusząca. Potrzebuję przynajmniej na chwilę odciąć się od sprawy "Mroku". Mimo wszystko boję się, że mogę spotkać tam tych zwyrodnialców… Przecież nie będę sama… Na pewno zleci się wielu ludzi, więc nie będą próbowali wywinąć żadnego numeru, a przynajmniej mam taką nadzieję… Zaszycie się tutaj to rozsądne wyjście, ale nie chcę zawieść przyjaciół. W miejscu publicznym powinnam mieć większą szansę, żeby wmieszać się w tłum.
— Myślę, że to dobry pomysł! Już dawno nie widzieliśmy się całą paczką. — Staram się udawać entuzjazm, aby ukryć wszystkie towarzyszące wątpliwości.
— Świetnie, wiedziałam, że się zgodzisz. — Catia energicznie klaszcze. — Dobra, ruszmy się, bo zaraz będzie obiad.
Bez zbędnego gadania wychodzimy z pokoju, kierując się w stronę schodów. O dziwo, nie widać pozostałych mieszkanek tego piętra. Pokonujemy kilka stopni, a gdy znajdujemy się piętro niżej, dociera do naszych uszu gwar. Gorzej niż na bazarze. Dyskusje na pewno nie dotyczą dzisiejszych potraw.
Zdecydowanym krokiem schodzimy jeszcze niżej, a następnie wchodzimy do stołówki. Zajmuję nam stolik w kącie, a Catia w tym czasie udaje się po nasze porcje. Rozsiadam się wygodnie i w oczekiwaniu na swoje danie, stukam paznokciem o blat stołu.
— Zaginął? Kiedy? Skąd o tym wiesz? — Dobiega do mnie kobiecy głos ze stolika obok.
— Nie mam pojęcia, jednak dyrektor na swoich zajęciach był nieobecny. Cały czas gapił się w telefon, jakby czekał na jakiekolwiek wiadomości. — Odpowiada jej kolega, siedzący razem z właścicielką poprzedniego głosu.
Catia przychodzi do naszego stolika z dwiema tackami. Dziękuję jej i nawet nie zwracając uwagi, co nabijam na widelec, przysłuchuję się rozmowie, która mnie ciekawi.
— Może Andrew coś zmalował i boi się przyznać? Nie wiem, na przykład porysował ojcu samochód i gdzieś się zaszył, żeby poczekać, aż dyrektor przestanie się wkurzać?
Niemal krztuszę się tym jednym kęsem. Sięgam szybko po wodę i opróżniam duszkiem połowę szklanki. Kątem oka zauważam, że dwójka siedząca przy stoliku obok patrzy się na mnie zdziwiona.
— Wszystko w porządku?
Skinieniem głowy potwierdzam przyjaciółce, że nic mi nie jest. W milczeniu oczekuję, aż siedząca niedaleko dwójka kontynuuje temat.
— Na czym to ja… A, tak… Nie ma na to szans, przywiózł ojcu dokumenty, a auto odstawił w nietkniętym stanie. Ponoć był zdenerwowany. Wrócił do domu i zaczął pakować najpotrzebniejsze rzeczy, jak ubrania czy gotówka. Wszystko jednak zostało, nic z domu nie zginęło, ale on jakby rozpłynął się w powietrzu! Nie ma nawet śladów po włamaniu. To naprawdę dziwne…
— Zmyślasz, nie możesz mieć takich informacji!
— Mówię prawdę, spotykam się z jego kuzynką, która mieszka w domu obok niego! Ona i jej rodzice pomagają dyrektorowi, jak tylko mogą. Opowiedziała mi o wszystkim! Przynajmniej o tym, co sami wiedzą od policji.
Czyli jednak to zrobił, ulotnił się. Poczeka, aż sytuacja tutaj zrobi się mniej gorąca i wróci. Wątpię jednak, że chce tak niepokoić swoich najbliższych i stawiać na nogi organy ścigania. Dlaczego nie napisał listu, w którym uspokoiłby swoją rodzinę? Rozumiem, że pozostawienie tych rzeczy może mieć na celu zmylenie tamtych zwyrodnialców. Mimo wszystko to dziwne, że pozostawił dosłownie wszystko. Pieniądze są najpotrzebniejsze, żeby mógł przetrwać. Dlaczego je również zostawił? Może jednak nie pozostawił tych rzeczy dobrowolnie, bo już go dorwali?
Potrząsam głową z niedowierzaniem. Ten chłopak coś zmyśla, ponieważ chce być w centrum uwagi, jako najlepszy informator. Andrew uciekł, a on wykorzystuje sytuację i rozpowiada wszystkim na prawi i lewo, co powiedziała mu jego dziewczyna, zapewne w zaufaniu, że zachowa to dla siebie.
Naprawdę chcę uspokoić dyrektora i wyznać mu, co tak naprawdę się stało, powiedzieć o wydarzeniu w szkole i spotkaniu z Andrew następnego dnia. Jednak to oznacza, że bez wyciągnięcia sprawy "Mroku" się nie obejdzie, a to stąpanie po cienkim lodzie. Muszę działać przede wszystkim rozsądnie, bo mogę ich tym narazić na niebezpieczeństwo. Choć zdaję sobie sprawę, że ta niewiedza pomału może ich wykończyć.
Mój apetyt znika bardzo szybko. Wstaję i odnoszę pełną jedzenia tackę kucharkom, którym tłumaczę, że źle się czuję, aby nie robić im przykrości. Marnuję ich starania, ale nie mogę nic na to poradzić. W tej chwili jedyne, co chcę przełknąć to informacje, które przed chwilą do mnie dotarły. Pragnę wierzyć, że są one nieprawdziwe… Niektóre fakty nie dają mi jednak spokoju.

***
Jeszcze nigdy korytarz prowadzący z toalety do mojego pokoju nie wydawał mi się tak przerażający, jak teraz. Rodem wyjęty z horroru. Może dlatego, że nie ma oświetlenia? Mogę bawić się włącznikami do usranej śmierci, a i tak światło nie chce się zapalić.
Wzdycham ciężko i ruszam przed siebie z włączoną lampką z telefonu. Daje ona niewiele światła, ale lepsze to niż nic.
Mijam kolejne drzwi, z których poza ciszą nie wydobywa się nic. W tej chwili bardzo chcę usłyszeć nawet te denerwujące śmiechy dziewcząt z mojego piętra, byle mieć pewność, że jest tu jakaś żywa dusza. Moja bujna wyobraźnia podsuwa mi różne, nieciekawe scenariusze. To przez strach czy może ekscytację? Sama już nie wiem.
Dopiero dźwięk czyichś kroków przywraca mnie do rzeczywistości. Podnoszę rękę, aby oświetlić większą część korytarza, na ile tylko pozwala moja lampka. Niestety, nie dostrzegam nikogo. Odwracam się do tyłu powtarzam czynność, jednak i w tym przypadku nie widzę żadnej sylwetki. Dźwięk kroków cichnie.
— To tylko moja chora wyobraźnia. — Uderzam się dłonią w czoło.
Ruszam dalej, odsuwając od siebie niepokojące myśli. Już tylko kilka kroków dzieli mnie od mojego pokoju i ciepłego łóżka, z którego najchętniej w ogóle bym jutro nie wstawała, gdyby nie plany Catii.
Gdy od drzwi dzielą moją osobę już zaledwie trzy kroki, wszystko dzieje się tak szybko. Nawet nie spostrzegam, kiedy czyjaś dłoń wyrywa mi telefon z ręki, a druga zatyka usta, żeby stłumić mój krzyk. Próbuję się wyrwać, wierzgam, macham rękami na oślep, ale szamotanina nic nie daje. Napastnik jest ode mnie o wiele silniejszy. Oplata mnie jedną ręką i odciąga do przeciwległej ściany.
— Wystarczy, że chociaż zaszlochasz, a zabiję ciebie. Potem przejdę się jeszcze tam. — Kieruje moją głowę w stronę drzwi, za którymi śpi moja przyjaciółka.
Przełykam głośno ślinę i staram się pohamować, aby nie dawać nieznajomemu powodu do spełnienia swojej groźby. Nogi mam jak z waty, jeśli mnie puści, to najpewniej upadnę na posadzkę. Chwila… ten głos gdzieś już słyszałam.
— Jak ramię? — Nawet nie czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony, całkowicie zwalnia uścisk, a także odsuwa drugą dłoń od moich ust. Mimo tego nadal czuję jego klatkę piersiową przywierającą do moich pleców. Jakimś cudem udaje mi się opanować na tyle, że potrafię stać o własnych siłach.
W międzyczasie gaśnie światło lampki, co sugeruje, że majstruje przy moim telefonie. Chce pozostać w całkowitej ciemności, żeby jego tożsamość wciąż pozostawała tajemnicą. Światło może również przyciągnąć czyjąś uwagę, bo zapewne nie wszyscy jeszcze śpią, choć siedzą cicho w swoich pokojach.
Mogę teraz spróbować uciec, wezwać pomoc, ale pytanie, jakie zadaje, całkowicie zbija mnie z tropu.
— Co cię to interesuje? — Odgryzam się zdając sobie sprawę, że to może być jeden z oprawców lub ekipy "Mroku". Tylko oni o tym wiedzą. Która ze stron narusza właśnie moje jedyne bezpieczne miejsce? Tym razem mam już siłę na kłótnię, choć mogę tym zdenerwować napastnika.
— To tak okazuje się wdzięczność za uratowanie tyłka? Następnym razem mogę umyć ręce i nie kiwnąć palcem, żeby ci pomóc. W końcu chciałaś mnie zabić. — Ostatnie zdanie wypowiada z lekkim rozbawieniem.
— "Mrok". — Tylko tyle udaje mi się wydusić.
— Więc? Jak z tym ramieniem? — Ponawia pytanie.
— Akurat to cię najbardziej obchodzi. Przyszedłeś tylko w celu zapytania o moje samopoczucie? — Odpowiadam z niedowierzaniem.
Próbuję się odwrócić, jednak jego głos mnie powstrzymuje:
— Nawet nie próbuj.
— Po co tak naprawdę przyszedłeś? Czego ode mnie chcesz? I dlaczego mi pomogłeś? — Sama zasypuję go pytaniami.
— Dobra, koniec tych uprzejmości. Czego oni od ciebie chcą? — Olewa całkowicie moją wypowiedź.
— Sama chciałabym wiedzieć.
— Musiałaś zaleźć im za skórę i nawet nie pamiętasz? — Prycha.
— Na tym polega problem, że widziałam ich pierwszy raz. Nie wiem, czego chcą, ale musieli mnie z kimś pomylić.
— Ciekawe.
— Teraz ty mi odpowiedz, czemu mi pomogłeś? — Ponawiam pytanie.
— To nie jest istotne. A może któreś z twoich przyjaciół lub rodziny z nimi zadarło. Zastanów się.
Dlaczego tak bardzo chce mnie powiązać z tamtymi bandytami? O wiele lepszym pytaniem jest, czemu w ogóle interesuje się tą sprawą i dotąd mnie jeszcze nie zabił? Ile o mnie wie i jak się tutaj dostał?
— Sierota, której rodziców zamordowano nie ma im nic do zaoferowania oprócz niezłego ciałka. — Przejeżdża dłonią po moim prawym udzie. Niemal od razu się wzdrygam. — Dlaczego jesteś dla nich tak cenna, że nie zabili cię od razu? — Szepcze mi do ucha.
— Nie wiem, już ci mówiłam. Zaraz… Powtarzali, że muszę być w jednym kawałku, bo jakiś „on” się wścieknie. Ktoś wyjawił mi, że chodzi o ich szefa. Więcej nie wiem, naprawdę. — Nie mam pojęcia, dlaczego mu o tym mówię. Nie znam go, ale nie próbował mnie zabić, choć miał ku temu okazje, a nawet mi pomógł. Dysponuje zapewne o wiele większą wiedzą o nich i różnymi informatorami, niż ja, więc może zrobi z tej wiedzy użytek? Tylko w czym ma mu to pomóc i czemu tak go to interesuje? Wiadomym jest, że się go boją… Wczoraj pojawiło się jeszcze jakieś imię, ale go nie pamiętam, byłam w szoku...
— Czyli to nie jest ich typowa samowolka. Nie upatrzyli sobie ciebie na ofiarę tak po prostu, dla kaprysu i swoich chorych fantazji. Tu chodzi o coś innego, ale najwięcej można dowiedzieć się od ich szefa. — Zastanawia się nagłos.
— I na pewno o wszystkim ci powie. — Przewracam teatralnie oczami, choć chłopak nie może tego zauważyć.
— Pewnie, że nie powie, więc trzeba korzystać z pobocznych i niepełnych źródeł. Lepiej na siebie uważaj, oni nie odpuszczą. To przydupasy wykonujące rozkazy, co nie zmienia faktu, że są niebezpieczni.
— Nie rozumiem cię. Po co to wszystko? Dlaczego mnie ostrzegasz i bronisz, skoro chciałam cię zabić?
— Nie dałabyś rady. Rozbawiłaś mnie tym strasznie. Poza tym, może utrę tym frajerom nosa.
No tak, czyli jestem zabaweczką, która służy jako przynęta, umożliwiającą mu załatwienie swoich porachunków. Podczas tej rozmowy nie odczuwam żadnej wrogości i tego obezwładniającego strachu, jak poprzednio. Ten człowiek ma wiele twarzy, potrafi być przerażający, by za chwilę po prostu pożartować. Do tego jest niewiele starszy ode mnie, jak wynika z naszego pierwszego spotkania. Jakim cudem zdobył tak wysoką pozycję w tak krótkim czasie, że tamte zbiry uciekały, gdzie pieprz rośnie? Co z nim jest nie tak?
— Poradzę sobie. Nie wiem, czemu mnie sobie upatrzyliście, ale nie możecie po prostu dać mi spokoju? Nic wam nie zrobiłam, więc proszę, odpuśćcie. — Wyznaję to, co leży mi na sercu.
— Z tą prośbą to nie do mnie. Spróbuj z nimi pogadać, choć wątpię, że cię wysłuchają. Odpuszczę dopiero, kiedy oni zrezygnują.
— Dlaczego? Nie chrzań, że chodzi o wkurzenie tamtych kolesi. Czemu chcesz mi pomagać? — Nie dowierzam jego słowom.
— Mam swoje powody. — Odsuwa się bardziej, a w następnej chwili słychać jego oddalające się w stronę schodów kroki. — Uważaj na siebie i nie strugaj bohaterki, jak wtedy, kiedy przypuściłaś atak na mnie, bo szybko pożegnasz się z tym światem. Pewnie jeszcze się spotkamy.
— Zaczekaj.
Kroki cichną na pierwszych stopniach schodów.
— Człowieku zagadko, jak masz na imię? Bo na pewno nie "Mrok".
— Ta wiedza jest ci zbędna. — Odpowiada po dość długiej chwili zastanowienia.
— Nic mi to nie powie, pewnie wielu facetów się tak nazywa. Zwracanie się do ciebie "Mrok" tylko przykuje uwagę mediów oraz służb mundurowych, a tego chyba nie chcesz?
— Jestem Luke, więcej nie musisz o mnie wiedzieć. — Do moich uszu dociera ledwie słyszalny dźwięk w okolicy schodów. — Telefon masz na pierwszy stopniu.
To ostatnie słowa, zanim kroki w zastraszającym tempie zaczynają stawać się coraz cichsze. Nie czekając, aż znikną do końca, podbiegam po telefon, zapalam lampkę i zbiegam na parter. Już mam kierować się w stronę pokoju sprzątaczki, lecz zatrzymuje mnie widok uchylonych drzwi wyjściowych.
Jakim cudem nie są zamknięte, przecież woźna zawsze pilnuje, aby po wyjściu pani Allen drzwi były szczelnie zamknięte. Jak w takim razie można to wyjaśnić? Przynajmniej wiem, którędy dostał się tutaj "Mrok".
Udaję się w stronę pokoju pani Carter i pukam do drzwi. Nie otrzymuję żadnej odpowiedzi, więc naciskam klamkę. Otwierają się one ze skrzypnięciem, a ja wchodzę do pomieszczenia. Mój telefon jak i wzrok, od razu wędrują w stronę łóżka, na którym smacznie pochrapuje starszawa kobieta. Podbiegam do niej i szturcham ją delikatnie.
— Pani Carter.
Woźna otwiera oczy i patrzy na mnie zaskoczona.
— Co się dzieje, dziecko?
— Drzwi wyjściowe są otwarte, chyba zapomniała je pani zamknąć. — Wyjawiam tyle informacji, ile powinnam.
— Niemożliwe, przecież zamykałam. Sprawdzałam dwa razy. — Podnosi się z łóżka.
Pani Carter podąża za mną, aż do głównego wejścia i nie może uwierzyć, że coś takiego ma miejsce. W swojej pracy jest bardzo sumienna i wierzę jej, że nie mogłaby zapomnieć o zamknięciu drzwi. Nie są one wyłamane, zamek jest w idealnym stanie, więc rozwiązanie jest tylko jedno — "Mrok" skądś musi mieć klucze. Nie wiem, czy ma te swoje wtyki również tutaj, ale wydaje się to prawdopodobne.
— Spokojnie, wiem, że to nie pani wina. Najlepiej zachowajmy ten fakt dla siebie. — Oznajmiam.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza