niedziela, 1 listopada 2020

Chapter 17

Teraz odzyskałam wenę i chęci do pisania. Ten chapter powstał zaledwie kilka godzin od poprzedniego, ale nie zamierzam teraz osiąść na laurach. Jeśli chodzi o samą końcówkę, nie miałam na nią pomysłu. Siedziałam przez jakiś czas, aż obejrzałam zwiastun. Przypomniałam sobie właśnie tę akcję i stwierdziłam "czemu nie", można to napisać. Dzięki temu jest troszkę "ciekawiej", a przynajmniej mam taką nadzieję. Nawet kolor budynku pasował! Czasem zwiastuny potrafią poratować, gdy nie ma się pomysłu na jakiś rozdział. Co do żarciku z kolorem włosów, w końcu blondynów niektórzy określają jako "złotowłosych", co akurat mi pasowało w tym momencie. Troszkę humoru też się przyda. Miłego czytania!


Przyglądam się chłopakom z przerażeniem. Jak to "co ze mną zrobią"? Po co w takim razie Ashton narażał swoje życie, żeby odbić mnie z centrum handlowego, skoro planują teraz zrobić mi coś złego? Czyżby to był wyścig — kto pierwszy mnie dopadnie, ten lepszy?
Zaczynają pomału zbliżać się w moją stronę nie wypowiadając ani jednego słowa. Serce zaczyna coraz bardziej łomotać w mojej piersi, chyba za chwilę z niej wyskoczy. Próbuję jakoś zwiększyć dystans między nami i cofam się o kilka kroków dalej.
— Zaraz, poczekajcie chwilę! Po co to wszystko, tyle męki, żeby teraz po prostu mnie wykończyć? — Łzy napływają do mych oczu.
— A kto tak powiedział? — "Mrok" wypowiada te słowa z rozbawieniem wymalowanym na owalnej twarzy.
— Czegoś tu chyba nie rozumiem, nie możecie po prostu odstawić mnie do sierocińca? — Składam ręce w błagalnym geście, jak do modlitwy.
— To chyba jasne, że nie możesz tam wrócić. Lepiej poszukaj sobie lepszej kryjówki, bo inaczej szybko wpadniesz w ich łapy. My nie możemy być wszędzie. — Wtrąca Mike.
Przestają się do mnie zbliżać, więc ja również przystaję. Sama nie wiem, co o tym myśleć. Mają trochę racji, ale na jakiej podstawie powinnam się ich słuchać? Jakby nie było, to oni mnie porwali zamiast tamtych zwyroli! To jest okazja, którą mogę wykorzystać, póki dzieli nas odpowiedni dystans. Bez namysłu rzucam się do ucieczki, czemu towarzyszą niezadowolone krzyki chłopaków oraz ich ciężkie kroki. Żwir szeleści pod moimi nogami, chłodny wiatr rozwiewa moje włosy, których pojedyncze kosmyki wpadają do mych oczu. Mimo tego nie zatrzymuję się ani na chwilę. Jeśli zdecydują się teraz odpuścić i wrócić po samochody, udam się w stronę wzgórz, gdzie nie wjadą. Stracą tylko czas, a ja zyskam szansę na zniknięcie w mroku. Jednak jakieś kroki zdają się zbliżać, aż w końcu upadam na ziemię pod czyimś naciskiem.
— Zostaw mnie! — Wymachuję rękami, ale trwa to tylko chwilę, gdyż Luke zaraz je unieruchamia w swoim niedźwiedzim uścisku.
— Ogarnij się, gdybyśmy chcieli cię zabić, już twoje zwłoki puchłyby na dnie rzeki. Skończ mnie wkurzać, bo zmienię zdanie. — Po tych słowach panikuję jeszcze bardziej.
— To co chcecie ze mną zrobić? — Ponawiam próbuję wyswobodzenia się.
— Pomóc ci, ale w tej chwili nam utrudniasz.
— Nie wierzę w ani jedno wasze słowo. Bezinteresowna pomoc obcej osobie? To jakiś kiepski żart. Wypuśćcie mnie, chcę wracać do sierocińca, do przyja… o w mordę. — Uświadamiam sobie, że Catia, Jordan i Chris zostali w centrum handlowym. — Nie będę już próbowała zrobić nic głupiego, puść mnie, muszę zadzwonić do kolegów! Zostali w jednym ze sklepów!
Po groźnej minie "Mroku" wydaje się, że nie obchodzi go, co się z nimi dzieje. Nie jest też pewien czy może mi zaufać po tym, co przed chwilą zrobiłam, jednak muszę go jakoś przekonać do chwilowego zawieszenia broni.
— Proszę. — Tylko to przychodzi mi do głowy.
— Żadnych sztuczek. — Powoli podnosi się i pomaga mi wstać.
Sięgam ręką do kieszeni spodni, żeby wyjąć telefon. Odblokowuję ekran, a moim oczom ukazuje się przynajmniej ze trzydzieści nieodebranych połączeń od moich przyjaciół. Przesuwam palcem po ekranie dostrzegając, iż próbowali dodzwonić się do mnie z każdego możliwego numeru. Pewnie myślą, że ich olewam albo podejrzewają co tak naprawdę się dzieje.
"Przepraszam, wszystko wam wyjaśnię. Będę za godzinę w sierocińcu." Wystukuję wiadomość, a następnie wysyłam ją do Catii. Jestem pewna, że poinformuje chłopaków o mojej odpowiedzi, więc nie muszę się kłopotać z wysyłaniem tego do wszystkich. Teraz pozostaje przekonać te marudy, żeby faktycznie mnie tam zawiozły.
— Nie możecie mnie zostawić w spokoju, podwieźć do sierocińca i zapomnieć o sprawie? — Pytam z nadzieją.
— Pozbędziesz się nas, kiedy tylko oni odpuszczą. — "Mrok" oznajmia stanowczym tonem.
— W takim razie zawieźcie mnie do domu… Muszę tam jechać.
— Czy ja ci wyglądam na złotą rybkę spełniającą życzenia?
— Kolor włosów się zgadza... — Mruczę pod nosem. — Chcę zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy, jak chociażby ładowarka do telefonu! Poza tym muszę porozmawiać z przyjaciółmi… — Spuszczam wzrok.
— Wykluczone, najlepiej się od nich odseparuj, jeśli chcesz, żeby przeżyli.
— Będę was już słuchać, pojadę, gdzie chcecie, ale proszę, chcę z nimi porozmawiać ten ostatni raz! To zajmie tylko chwilę. — Kłamię, przecież nie zamierzam oddać się w łapy kolejnym bandziorom. Po prostu chcę zabrać swoje rzeczy i uciec przed nimi i tamtymi pajacami…
— Oby tak było, to dla twojego dobra. — Skinieniem głowy wskazuje swoje oddalone auto.
— Uważaj, bo ci uwierzę. — Ruszam pewnym siebie krokiem we wskazanym przez niego kierunku.
Drogę do samochodu pokonujemy dość wolno, chłopakowi wcale się nie spieszy ku mojemu niezadowoleniu. Cieszy się wieczorną porą, lekkim, muskającym nas wiatrem oraz krajobrazem. Nie wiem, czy specjalnie przedłuża ten marsz, żeby mnie zirytować, czy faktycznie napawa się pogodą. Jeśli coś odbąknę, może zmienić zdanie.
Wydaje się, jakby wieki mijały, ale na szczęście docieramy do celu. Pakuję się do Camaro, podczas gdy chłopaki zaczynają jeszcze o czymś dyskutować w oddali. Najwyraźniej nie chcą zdradzić nawet najmniejszej informacji, ale w takim razie nie powinni oczekiwać ode mnie zaufania… Oni nie potrafią uwierzyć mi, więc na jakiej podstawie ja mam wierzyć ich zapewnieniom?
Po chwili "Mrok" zajmuje miejsce kierowcy, przygotowuje się do jazdy i odpala silnik. Rusza gwałtownie, zostawiając za nami tuman kurzu. Przez tylne lusterko dostrzegam, że Ashton i Mike jadą w przeciwną stronę.
— A oni gdzie się wybierają… — Mruczę pod nosem nie oczekując nawet odpowiedzi.
— Fura Ashtona nie jest w dobrym stanie, jak już zdążyłaś zauważyć, a na pewno odczuć. Pojechał do zaprzyjaźnionego mechanika, a Mike dostał zadanie specjalnie. Więcej nie musisz w tej chwili wiedzieć.
I tak otrzymuję więcej informacji niż mogę się spodziewać. Przynajmniej wiem, że będę sam na sam z tym aroganckim typem. To daje mi większe pole do popisu, jeśli chodzi o moją ucieczkę. Nie mam zamiaru zabierać ze sobą nikogo znajomego, to będzie moja wędrówka. Posłucham Luke’a w jednej kwestii — muszę znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Może tamci zwyrodnialcy znudzą się po jakimś czasie i odpuszczą, a ekipa "Mroku" będzie miała dość uganiania się za mną. To dobry plan, jak na ostatnie dziesięć minut intensywnego myślenia.
— Długo się tak mogą na mnie czaić? — Przerywam niezręczną ciszę.
— To chore typy, które zabiłyby kogoś za kradzież paczki fajek. Patrząc po ich staraniach, musiałaś nieźle ich wkurzyć, żeby zdecydowali się na tak drastyczne środki.
— Sama chciałabym wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. — Wzdycham.
— Nic ci nie powiedzieli podczas poprzednich spotkań? Pomyśl, przyda się każdy szczegół.
— Poprzednich… — Powtarzam bezwiednie, spoglądając na jego tatuaż. — Wtedy w szkole, to również wy mi pomogliście?
— Nie o takie szczegóły mi chodziło. Zawsze zapamiętujesz to, co nie trzeba? — Kręci głową z niedowierzaniem.
— Nic więcej poza tym, co już ci powiedziałam. Bali się jakiegoś gościa, mówiąc, że "on" się wścieknie… Za drugim razem było coś… eeeem, że on nie będzie zadowolony, to imię było jakoś na J…
— Jonathan…
— Chyba jakoś tak. Znacie się?
— Mniej więcej.
Znowu wracamy do jego "bariery", którą odgradza się ode mnie, żeby nie powiedzieć przypadkiem za dużo. Wkurzający nawyk wyrobiony również przez jego sługusów. Czasem można się z nim dogadać, jednakże jego skrytość po krótkiej rozmowie zastępuje miłą atmosferę. Mniejsza z tym, zna tego całego Jonathana, o którym wspominali ci zwyrodnialcy. Skoro taki z niego bohater…
— Wiesz już, kim jest ten koleś. Możesz go jakoś postraszyć, wyjaśnić, że się myli lub pozbyć się go, obojętne, byle dali mi spokój?
— Prędzej ze słupem się dogadasz niż z tym gościem…
— Nie zaszkodzi spróbować, ludzie się zmieniają, może i on ma w tej chwili inne podejście? Jak dawno temu z nim rozmawiałeś? — Drążę temat.
Chyba w tej kwestii rozmowę można uznać za zakończoną, gdyż "Mrok" nie odzywa się przez resztę drogi do sierocińca. Nie znam sytuacji, nie mam pojęcia, w jakich są relacjach, jednak warto zapytać, co mam do stracenia? Jestem w samym środku jakiejś popapranej gry kierowanej przez Bóg wie kogo i dlaczego. Ta sytuacja naprawdę zaczyna mnie już męczyć.
Czując jak auto zwalnia, otrząsam się z rozmyśleń. Ceglaste mury oraz brązowe dachówki wydają się być w stanie nienaruszonym, odkąd opuściłam to miejsce z przyjaciółką. A przynajmniej tak mi się wydaje, gdyż przez dość późną porę ciężko dostrzec jakiekolwiek szczegóły. Podobnie jest z trawnikiem, który na pewno jest równiutko skoszony sygnalizując tym, że ani jedna stopa nie ma prawa na nim stanąć. Betonowe schody nie zachęcają do wejścia, ale dla mnie to miejsce zwane domem. Domem, w którym do wczoraj czułam się bezpiecznie… Pamiętam, że odkąd tu zamieszkałam, marzyłam jedynie o wyprowadzce. A dzisiaj to nastąpi, ale jakoś nie cieszy mnie ta myśl. Gdyby to była normalna przeprowadzka, do mieszkania wynajmowanego z przyjaciółką, to szczęście by mnie rozpierało. Nie mam pojęcia, gdzie się ukryję, nie posiadam pieniędzy, aby wynająć jakiś pokój w motelu.
Przełykam głośno ślinę i otwieram drzwi Camaro. Najwyraźniej "Mrok" postanawia towarzyszyć mi przez cały czas, ponieważ on również wysiada z samochodu. Widać, że niezbyt mi ufa i woli upewnić się, iż nie zrobię go w trąbę.
— Przecież ci nie ucieknę. — Staram się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie.
Blondyn jednak tego nie komentuje i rusza wraz ze mną do budynku. Beznamiętnie omiata wzrokiem okolicę i widać, że niezbyt mu się podoba. Pewnie jest bogatym paniczykiem, sądząc po jego furze, więc widok biedniejszej dzielnicy napawa go obrzydzeniem. Powoduje to we mnie złość. Ktoś taki żyje sobie dostatnie, a marnuje czas na jakieś bijatyki, strzelaniny i gangsterskie porachunki. Wydaje się niewiele starszy ode mnie, więc to zwyczajne marnowanie sobie życia w młodym wieku. Natomiast my, którzy tu mieszkamy, ciężko się uczymy, potem pracujemy, aby jakoś przetrwać. Pogarda, z jaką traktuje otaczającą go rzeczywistość jest nie do zniesienia.
— Wybacz, że nie mieszkam w pałacu, drogi książę. Jeśli masz zamiar wejść tutaj z tym przepełnionym obrzydzeniem wyrazem twarzy, to sobie daruj. Z resztą nie wpuszczają tu obcych bez sprawdzenia! — Zatrzymuję się niedaleko wejścia i wskazuję na niego palcem.
— Słuchaj, królewno. Ostatnim razem jakoś mnie nie przeszukiwali, a tak na marginesie, w ogóle byś tu nie wróciła, gdyby nie ja i moi ludzie, więc okaż trochę wdzięczności.
— Chyba śnisz, poradziłabym sobie bez was! Jakoś… na pewno… — Mamroczę.
— Pogadamy na poważnie, jak przestaniesz bujać w obłokach.
— Jakiś pospolity przestępca nie będzie mnie pouczał…
— Za przestępstwo to powinni uznać twoje zachowanie, damulko. Ciągle narzekasz, jak to ci źle, jak nie wiesz, czego od ciebie chcą. Kiedy cię ratujemy, ty wyzywasz również nas oraz próbujesz uciekać. Naprawdę chcesz zostać sama?
— Pewnie! — Nie brzmi to zbyt przekonująco.
— Okej, w takim razie się zmywam, rób co chcesz.
To nie jest żart, Luke faktycznie odwraca się na pięcie i rusza w stronę swojego samochodu. Ociąga się, delektując chwilą, w której zostawia zaskoczoną dziewczynę w środku nocy. Rozumiem, w końcu jestem na terenie sierocińca, więc czemu zawód maluje się na mojej twarzy zamiast ulgi? Z jednej strony cieszę się, bo mogę sama o wszystkim decydować, ale z drugiej — kto mnie obroni, jeżeli ukrycie się zawiedzie?
— Lu… — Zaczynam nieśmiało.
Nie jest mi jednak dane skończyć. W tej chwili dostrzegam, jak z jednego z okien sierocińca, wyskakuje jakiś człowiek, oczywiście ręką podtrzymuje się parapetu, gdyż to drugie piętro. Towarzyszy temu okropny hałas tłuczonego szkła, które spada na wysłużoną kostkę brukową i roztrzaskuje się na jeszcze mniejsze kawałeczki, w akompaniamencie kobiecego krzyku. Odsuwam się, zasłaniając oczy, żeby nie oberwać żadnym odłamkiem. To dopiero początek przedstawienia. Za chwilę następuje okropny huk, języki ognia wylatują przez framugę, muskając rękę zwisającej osoby. Odruchowo puszcza się ona parapetu i spada. Luke próbuje podbiec i pomóc nieznajomemu, sama ruszam jego śladem, ale jest za późno. Krzyk momentalnie milknie, kiedy bezwładne ciało upada na ziemię.
Luke pośpiesznie zakłada lateksowe rękawiczki, a później przykłada rękę do szyi rannego, by sprawdzić puls. Kiedy kręci głową sygnalizując tym, że osoba nie żyje, z moich ust wydobywa się wrzask.
— Miała pecha, upadła skronią akurat na kant tej betonowej donicy dla kwiatów.
Wyciągam telefon i dzwonię od razu, aby powiadomić odpowiednie służby o zajściu. Nie wiem, czy ktoś z sierocińca już to zrobił, ale wolę dmuchać na zimne. Następnie włączam latarkę w telefonie, żeby przyjrzeć się twarzy ofiary. Mimowolnie krzyk wydobywa się z moich ust po raz kolejny, kiedy rozpoznaję denatkę. Jej blond loki gdzieniegdzie sklejone są przez czerwoną posokę. Mocny jak zawsze makijaż w tym momencie jest rozmazany. Morskie oczy dziewczyny są zastygłe, a na twarzy maluje się przerażenie. Czarna, elegancka sukienka miejscami również jest podarta, ale obuwia nie posiada.
— O Boże, to Blair!
— Jakaś twoja koleżanka?
— Przeciwnie, nienawidziłyśmy się, ale to nie znaczy, że życzyłam jej śmierci! — Wymachuję rękami w panice. — Co to w ogóle było? Tam nie ma kuchni. — Wskazuję na miejsce eksplozji. — Tylko jeden z pokoi mieszkalnych skrzydła dla dziewcząt.
— Chyba przestali się patyczkować. — Stwierdza.
Blair to przypadkowa ofiara czy celowo obrano ją za cel? A jeśli się pomylono, jeżeli cały czas chodzi o kogoś innego… Catia… Może to o nią się rozchodzi? Muszę wiedzieć, czy jest bezpieczna! Niemal od razu rzucam się biegiem do drzwi wejściowych.
— A ty dokąd?
— Muszę sprawdzić czy mojej przyjaciółce nic nie jest!
Nie zwalniam nawet na chwilę. Potykam się o kolejne schody, wpadam na przerażonych mieszkańców budynku, ale nie zważam na to. Mam przed oczami tylko jeden, jasny cel — chcę jak najszybciej zobaczyć Catię. Czy jest sama w pokoju, a może Chris i Jordan dotrzymują jej towarzystwa? To nie może się tak skończyć. Liczę, że ten wybuch był tylko jeden, a moja przyjaciółka jest cała i zdrowa. Musi być, nie ma innej opcji. Mimowolnie w mojej głowie pojawiają się czarne scenariusze z udziałem jej częściowo spalonych zwłok…
Na chwilę się zatrzymuję. Spalone ciało… tak dziwnie znajome… Znowu to samo? Czy to już wyraźny znak, że ta sprawa ma coś wspólnego z moimi rodzicami, skoro i oni spłonęli?! A może to zwyczajny przypadek? Nieważne, nie tym powinnam się w tej chwili martwić, a zdrowiem Catii!
Ponownie odzyskuję siłę i pewność siebie. Kiedy docieram na drugie piętro, napotykam na rozprzestrzeniający się ogień oraz masę dymu. Obijam się o kolejne dziewczęta, które opuszczają to piętro w pośpiechu. Jedna z nich łapie mnie za rękę.
— Musimy uciekać, zostaw rzeczy! — Pewnie myśli, że wracam do pokoju po swoje przedmioty, ale jest w błędzie.
— Puść, idę po przyjaciółkę! — Wyrywam się i podążam w stronę mojego pokoju.
Dziewczyna najwyraźniej odpuszcza i ucieka wraz z pozostałą garstką wrzeszczących osób. Tak bardzo chcę już się stąd wydostać, pobiec razem z nimi, ratować się, ale nie mogę. Chyba po raz pierwszy wstępuje we mnie taka odwaga. Jakby to miało jakoś zrekompensować tamten dzień… Przybyłam za późno, dodatkowo strażacy nie chcieli mnie wpuścić do budynku. Nie potrafiłam uratować rodziców. Teraz nie jestem już dzieckiem, a sytuacja wygląda trochę inaczej. Mogę coś zmienić, mogę uratować Catię. I zrobię to.
Dym coraz bardziej daje się we znaki. Ciężej złapać oddech, przed oczami pojawiają się mroczki. Zasłaniam nos oraz usta rękawem bluzy i zmierzam dalej w określonym celu. Jestem już coraz bliżej, nie mogę się poddać.
Z oddali dociera do mnie odgłos syren strażackich, już nadciąga pomoc. No dalej, to jeszcze tylko kilka kroków, a dłużą się niemiłosiernie. Mój kaszel chyba słychać na całym piętrze, poza nim i szalejącym w pobliżu pokoju Blair ogniem, towarzyszy mi głucha cisza. Wszyscy opuścili już budynek czy może część dziewczyn zemdlała i leży nieprzytomna?
Odpycham od siebie drzwi, gdy docieram już na miejsce. Rozglądam się po pomieszczeniu, jednakże zamglone widzenie przeszkadza mi w dokładnym zbadaniu terenu. Zbieram w sobie resztkę sił, jaka się jeszcze we mnie tli na to jedno zdanie.
— Ruda, musimy uciekać! — Ponownie doświadczam ataku kaszlu. — Gdzie jesteś? Nie ma czasu na zabawę, budynek się pali!
Nadal towarzyszy mi jedynie głucha cisza. Czyżby zemdlała? Podbiegam do łóżka przyjaciółki, na którym widnieje wybrzuszenie, jest późno, więc może na nim wypoczywa? Rozgrzebuję kołdrę, jednak moje oczy nie napotykają przyjaciółki. Zauważam podobne wybrzuszenie także na moim posłaniu. Niezdarnie i pośpiesznie dotykam mej pościeli, ale dziewczyny na niej nie ma. Gdzie ona jest? W panice zaglądam nawet do szafy, aby potwierdzić, że nie ukrywa się we wnętrzu mebla.
— Catia, odezwij się, proszę!
Nadal zero reakcji. Osuwam się na kolana przy moim łóżku. Wtulam twarz w pościel zrezygnowana, a rękami wodzę po materiale. Ku mojemu zaskoczeniu, do rąk trafia mały przedmiot oraz kawałek papieru.
Przecieram załzawione oczy w nadziei, że choć trochę mi to pomoże. Może to wiadomość od Rudej? Skup się, Mariso, ten ostatni raz! Medalion wydaje się dziwnie znajomy, prosty, srebrny łańcuszek, na którym wisi ozdoba w postaci niebieskiej kropli… Niemożliwe… To musi być przypadek. Ostatkiem sił otwieram wieczko medaliku, a moim oczom ukazuje się malutkie zdjęcie ukazujące szczęśliwą rodzinę — matkę, ojca oraz ich malutką córeczkę. Moją rodzinę…
Powieki są takie ciężkie, a oddech staje się płytki, urywany. Wiem, że nie jestem w stanie już się ruszyć. Opieram głowę o łóżko i spoglądam na ostatnią rzecz, którą trzymam w dłoniach. Skrawek mapy, na którym zaznaczony jest jeden punkt. Gdy przewracam papier na drugą stronę, dostrzegam małą notkę, to chyba jakaś wiadomość.
"To było ostrzeżenie." Te słowa są ostatnim obrazem, jaki pozostaje w mych oczach, zaraz po tym mój wzrok zasnuwa jedynie ciemność.



1 komentarz:

  1. Hejo ^^
    Ale się ucieszyłam jak zobaczyłam nowy rozdział :D Szkoda, że rozdziały są publikowane w takim odstępie czasu, bo gdy na nowo wykręciłam się w historię to zapragnęłam jeszcze więcej xD
    Marisa postąpiła trochę lekkomyślnie próbując uciec, jednak z drugiej strony wcale nie dziwię się, że chciała to zrobić. W końcu znajduje się w towarzystwie zupełnie obcych ludzi. Niby jej pomagają, ale to nie znaczy, że nie mają w tym wszystkim jakiegoś ukrytego celu, także dobrze, że Marisa im nie ufa. Trzeba być ostrożnym w takich sytuacjach.
    Samotna ucieczka jest niebezpieczna. Gdyby Marisa uciekła i zdała się tylko na siebie, to gdyby znowu trafiła na tych typów to mogłaby tego nie przeżyć. Z jednej strony dobrze, że "Mrok" chce pomóc. W pewnym sensie nasza bohaterka jest bezpieczna, ale jak już wcześniej wspomniałam, nie wiadomo z jakich powodów otrzymuje tą pomoc i czy to nie będzie miało w przyszłości jakiś konsekwencji.
    Akcja na sam koniec zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się, że w sierocińcu coś może się stać. Zastanawia mnie czy śmierć Blair była przypadkowa i czy została wypchnięta przez któregoś z tych groźnych typów. Marisa trochę lekkomyślnie postąpiła, wbiegając do budynku, jednak nie dziwię się, że to zrobiła. Była w szoku i nie myślała rozsądnie, a chęć znalezienia przyjaciółki była dla niej w tamtym momencie najważniejsza.
    Naszyjnik, który znalazła Marisa, potwierdza moje przypuszczenie, że to wszystko ma związek ze śmiercią rodziców bohaterki. Pozostaje tylko pytanie - dlaczego? Co takiego zrobili rodzice Marisy, że spotkała ich taka tragedia? I dlaczego Marisa, prawdopodobnie, ma również za to odpowiedzieć? Strasznie mnie to ciekawi i chciałabym już wiedzieć, ale z drugiej strony nie chcę tak szybko rozstawać się z historią :p
    No nic, czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział ^^ Dużo weny życzę i pozdrawiam cieplutko ;* 🖤

    Maggie

    OdpowiedzUsuń