środa, 1 września 2021

Chapter 27

Dobra, ten rozdział męczyłam strasznie, a przynajmniej końcówkę. Powiedzmy, że pomysł był, ale chęci i siły odmówiły współpracy. Mimo tego udało się go skończyć, jest mniej więcej taki, jak oczekiwałam. Miłego czytania!

Marisa Pov

— Myślałeś kiedyś o tym, żeby rzucić dotychczasowe zajęcie i zostać muzykiem? — Ciekawość mnie zżera. — Grasz naprawdę dobrze. — Delektuję się każdym dźwiękiem wydawanym przez struny gitary.
— To zwykłe hobby, a nie pomysł na życie. Poza tym zanudziłbym się. Potrzebuję jakiegoś dreszczyku. — Udzielając odpowiedzi nawet na chwilę nie przerywa wykonywanej czynności.
Rozsiadam się wygodnie na wodnym łóżku obok blondyna. Coraz częściej zaczynam go tutaj odwiedzać, żeby posłuchać jego gry. Chłopakowi to nie przeszkadza, nawet cieszy się z mojego towarzystwa. Dziwi mnie fakt, że przekonałam się do tych ludzi. Pomimo niebezpieczeństwa czyhającego za rogiem, doświadczyłam też miłych chwil z ich udziałem. Nawet najbardziej arogancki "Mrok" się do mnie przyzwyczaił. Jego przytyki to dla mnie rutyna, jak stwierdził "wyrabiam się" przy nim, bo potrafię już odpyskować. Można powiedzieć, że przygarnęli obcą dziewczynę z ulicy, nauczyli jak przetrwać i mi pomagają. Wciąż nie znam przyczyny, co wywołuje lekki dyskomfort, ale w ich towarzystwie to uczucie szybko znika. Nie pochwalam wielu metod, jakie stosują, czasem potrafią przerazić, ale dotąd mnie nie skrzywdzili, a mieli ku temu nie jedną okazję.
Luke przyodziany jest w spodnie z czarnego jeansu oraz czarną bluzę bez kaptura z białym nadrukiem w formie napisów na rękawach oraz przedzie materiału. Oczywiście do tego dobrane ma Air Jordany. Ja natomiast mam na sobie legginsy moro, trampki oraz białą koszulkę z jakimś tandetnym nadrukiem. Prosty i wygodny ubiór.
Wóz Hemmingsa po "potyczce" z Jonathanem został już dawno naprawiony, jeszcze przed naszym wypadem na Wzgórze Śmierci. Nie pozostaje nam nic tylko czekać na sygnał od tego ich zaprzyjaźnionego mechanika. Zajmuje się on doprowadzeniem Skyline’a do stanu ponownej używalności. Żeby nerwy całkiem wszystkich nie zjadały w oczekiwaniu na wieści o wyścigu, każdy oddaje się ulubionym czynnościom. Luke gra na gitarze, a ja słucham tych jego "prywatnych koncertów". Aileen wędruje po sklepach w towarzystwie Mike’a, który w tym czasie grywa na telefonie. Każdy z nas inaczej znosi brak Ashtona. Jego stan wciąż pozostaje bez zmian. Pogodziliśmy się z tym, ale niekoniecznie zaakceptowaliśmy.
— To hobby przyniosłoby ci dużą sławę. Spokojnego życia byś nie uraczył przez oblegające cię fanki, marzące o twoim autografie i wspólnym zdjęciu. Takie zdeterminowane kobiety są gorsze od jakichkolwiek oprychów! — Szturcham go lekko w ramię.
— Jeszcze tego by mi brakowało. Jestem człowiekiem, który się nie wychyla, lubię pracować w mroku. A na zainteresowanie kobiet i teraz nie narzekam. — Przechwala się.
— Ale jesteś skromny! Tak właściwie skąd się wzięła ta ksywa? Kiedyś powiedziałeś, co oznacza, ale jak powstała? — Jakoś do tej pory nie odważyłam się zadać tego pytania.
Na początku naszej znajomości nikt nie był skory do udzielania odpowiedzi czy dzielenia się jakimikolwiek informacjami, jednak stopniowo się to zmieniało. Coraz bardziej się poznawaliśmy i zyskaliśmy swoje zaufanie. Bez skrępowania czy wymigiwania się rozwiewamy teraz wszelkie wątpliwości. Dzięki temu ośmielamy się też nie tylko z istotnymi, ale głupimi, choć nurtującymi nas pytaniami.
— Sam go nie wybrałem, został mi nadany przez ludzi. Zaczęto mnie tak tytułować po kilku… załatwionych, brudnych sprawach w Sydney. Jestem jak mrok, niezauważalny. Tylko półświatek wiedział, kim jestem, ale każdy trzymał język za zębami. Potem moja wątpliwa sława rozciągnęła się dalej po kraju, a ja przeniosłem się tutaj. — Wciąż delikatnie muska struny gitary specjalną kostką.
— Brudnych sprawach, czyli morderstwach? I co wtedy czułeś, gdy miałeś te osoby na celowniku?
— Tylko szarpnięcie broni. — Oznajmia ze stoickim spokojem.
— Nie o to mi chodziło… Czy kiedykolwiek później tego żałowałeś?
— Co to za pytania, zamierzasz kogoś zabić czy jakąś książkę o mnie piszesz? — Wydaje się rozbawiony, chyba pierwszy raz od wypadku Irwina.
— Nie było pytania…
Do naszych uszu dociera dźwięk wibracji z telefonu blondyna. Tłucze się on niemiłosiernie na biurku. Chłopak pospiesznie podchodzi do urządzenia i odbiera połączenie.
— Wszystko gotowe? To świetnie, dzięki za pomoc. Do zobaczenia na miejscu.
Dość szybko się rozłącza i chowa urządzenie do przedniej kieszeni spodni. Na jego gładko ogoloną, owalną twarz wstępuje przebiegły uśmieszek. Rzuca mi krótkie spojrzenie, gdy przystaje przy drzwiach od swojego pokoju.
— Już czas.

***
Przed wyjściem udało mi się wziąć jeszcze czarną, skórzaną kurtkę z ćwiekami, telefon oraz pistolet podarowany przez Hemmingsa. Wątpię, że się przyda, ale lepiej dmuchać na zimne. W końcu tamci popaprańcy są nieobliczalni.
Drogę do Woodstown pokonujemy w miarę szybko, choć korki zatrzymują nas na parę minut. Samo dotarcie na Wzgórze Śmierci to raptem chwila. Poruszamy się tam na trzy auta — ja i Luke jedziemy jego Chevroletem Camaro, Mike swoim Audi TT, natomiast Aileen należącym do niej Audi R8. Brunetka była bardzo szczęśliwa, kiedy chłopcy pozwolili jej znowu nim jeździć. Ponoć wcześniej też uciekała przed nimi, jednak pościg za tym Audi to była dla nich mordęga, więc kupili Nissana Rav4, żeby nie ganiać się tak z nią po całym mieście. SUVem nie mogła tak szaleć jak swoim własnym samochodem. Pozwalali jej na takie wybryki, choć z czasem przestały one być zabawne, a stały się męczące. To rozsądne wyjście, jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, że spoważniała i odzyskała swój ukochany pojazd.
Już od samego wjazdu na górę atmosfera jest gorąca. Nie ma tu za wiele miejsca, a nie można blokować już i tak wąskiej trasy, więc impreza odbywa się przed wzgórzem. Zaparkowanych stoi tu mnóstwo różnokolorowych, sportowych wozów każdej marki. Amatorzy szybkiej jazdy nie mogą odpuścić takiej gratki. To w końcu powrót do korzeni oraz wyścig dwóch braci, któremu Jonathan nie mógł odmówić. Tłumy ścigaczy zlatują się na imprezę.
— Nie mieli nawet jak się przygotować. Żadnych niepotrzebnych bzdetów jak ochrona, przepustki czy scena z DJ. To już nie jest niepotrzebne show, a prawdziwa zabawa jak za dawnych lat, w czasach swojej świetności. Miło widzieć, że to miejsce znowu tętni życiem. — Hemmings najwyraźniej jest zadowolony.
Przy niektórych samochodach dostrzegam ich kierowców w towarzystwie wielu skąpo ubranych kobiet z mocnym makijażem. Urządzono też sobie prowizoryczny parkiet otoczony płonącymi beczkami. Kilkanaście osób wygina swoje ciała w rytm muzyki dobiegającej z wielkich głośników niedaleko zaparkowanych wozów.
— Minimalizm i prostota. Nie liczy się nic poza główną atrakcją, czyli wyścigiem. — Luke nie może przestać zachwycać się otoczeniem.
Za moment dojeżdżamy do wjazdu na trasę. Stoi przy nim zaparkowany biały Nissan Skyline, o który opiera się Jonathan, ubrany w czerwoną skórzaną kurtkę, czarne sztruksowe spodnie oraz czarne glany. Jego pachołki stoją przy nim, lecz ich wozy zaparkowane są trochę dalej, by umożliwić wjazd dla Camaro. Przyodziani są w sportowe komplety dresów — Pierce w biało-czarny, Rogers w niebiesko-biały, a Smith w czerwono-biały. Są niemal jak klony tylko w różnych kolorach.
Luke zatrzymuje swój pojazd tuż obok Skyline’a, natomiast towarzyszące nam Audi zajmują miejsca przy autach naszych wrogów. Nieśpiesznie opuszczamy samochody, podchodząc do organizatora tego bałaganu. Hemmings od razu przechodzi do rzeczy, nie zatrzymując się wymierza cios z pięści prosto w twarz Jonathana. Chłopak upada na ziemię, zaskoczony reakcją brata. "Mrok" chce ponowić atak, lecz zostaje powstrzymany przez Mike’a i kundle tego drugiego Hemmingsa.
— Luke, spokojnie. Masz się tu ścigać, a nie bić. To nie jest ring. — Clifford próbuje przemówić przyjacielowi do rozumu.
Najwyraźniej to działa, gdyż blondyn stopniowo się uspokaja, jakby ulatywała z niego cała nagromadzona złość. Przyglądamy się tej scenie z Aileen, z pewnej odległości. Dziewczyna chowa dłonie do kieszeni turkusowej bomberki. Idealnie zakrywa ona broń przymocowaną do paska podartych jeansów, którą brunetka chowa za plecami. Conversami rozgrzebuje kawałek gruntu przed sobą.
— Masz rację. — Luke rezygnuje, oddalając się nieco od Jonathana.
Chłopak wstaje, otrzepując ubrania z ziemi. Na jego twarzy nie gości jednak strach, lecz rozbawienie.
— Zasady są proste. Wyścig rozpocznie się na górze, podjedziemy tam razem z kimś, kto nas wystartuje. Ten, który dotrze w to miejsce jako pierwszy, wygrywa. — Beznamiętnie przedstawia reguły. — Panienki, zapraszam.
Z tłumu, który zdążył się już za nami zgromadzić, zaczynają wychodzić dwie kobiety. Krótko obstrzyżona szatynka przyodziana w szorty oraz prostą koszulkę z dużym dekoltem, podchodzi do Jonathana. Obok Luke’a staje natomiast blondynka ubrana w sportową tunikę. Jej sięgające ramion włosy są ozdobione różowymi pasemkami. To ta blondynka z klubu…
— Wybacz, Lacey, ale to zbyt niebezpieczne. — "Mrok" zwraca się bezpośrednio do niej. — Jedziemy bez żadnych pilotów, nie są wcale potrzebni, bo dobrze znamy tę trasę. Nie mogliśmy kiedyś doczekać się tego dnia, więc wróćmy do tradycji, do czasów, kiedy ścigano się tu bez jakichkolwiek bajerów, a my tylko to podziwialiśmy. Chyba, że się boisz? — Teraz podaje propozycję bratu.
— Niech ci będzie, ale nie łudź się, że masz ze mną jakieś szanse. — Wsiada do Skyline’a, a wraz z nim jakiś czarnoskóry mężczyzna, po czym rusza na szczyt.
Hemmings posyła nam przelotne spojrzenie, podobnie mężczyźnie siedzącemu na masce ciemnoniebieskiego Subaru Impreza WRX STI 11 ozdobionego złotymi gwiazdkami, zaparkowanego nieopodal. Wsiada do Camaro i rusza w ślad za Jonathanem.
Facet przyodziany w jeansową kurtkę z kapturem zarzuconym na głowę, czarne nylonowe spodnie oraz czarno-białe buty Kamikaze II z Reeboka, wpatruje się teraz prosto w nas. Spod kaptura wystają jedynie pojedyncze brązowe kosmyki. Jego czekoladowe oczy nie wyrażają żadnych emocji. Krzyżuje ręce na piersi wciąż okupując maskę swojego Subaru. Jednak nie ten facet jest naszym zmartwieniem. Znajduje się on od lewej strony wjazdu, a nasz kłopot po drugiej, czyli prawej.
Rudowłosy chłopak ubrany w granatowe szorty, ulubione Adidasy oraz luźną, czarną koszulkę podchodzi do nas. Opiera się plecami o skałę.
— Mike, czy oni nic nam nie zrobią? — Skinieniem głowy wskazuję na trzech zwyrodnialców.
— Za dużo tu ludzi, a zrobienie czegoś głupiego zepsuje reputację Jonathana, na co nie może sobie pozwolić. Będą czekać na jego rozkaz lub inną okazję. — Wzrusza ramionami. — Teraz pozostaje tylko wierzyć, że Luke nie przeliczy się co do swoich umiejętności i chociaż przeżyje ten wyścig.
— Oby tak było. — Spoglądam na szczyt wzgórza, gdzie Luke powinien zaraz dotrzeć.

***
Luke Pov

Ponownie przed mymi oczami rozpościera się czarnoskóry mężczyzna w białej, eleganckiej koszuli oraz granatowych spodniach od garnituru. W prawej ręce trzyma czerwoną, zapaloną już racę. Wymachuje nią na wszystkie strony, nie mając zamiaru jeszcze pozbywać się przedmiotu. Przechadza się z niewielkim przedmiotem pomiędzy naszymi samochodami, chcąc wywołać w nas zniecierpliwienie. W końcu ustawia się przed maską, by następnie pozbyć się zbędnej racy z dłoni. Mężczyzna odsuwa się od pojazdów, gdy przedmiot robi kilka piruetów w powietrzu, po czym spada na ziemię.
Po raz kolejny startujemy obaj w tej samej chwili. Pojazdy odrywają się od nieutwardzonej nawierzchni, pozostawiając za sobą tumany kurzu. Jakimś cudem udaje mi się objąć prowadzenie. Jonathan jest tutaj bardzo ostrożny, nie zamierza wykonywać niepotrzebnych ruchów, woli poczekać na lekkie rozszerzenie drogi przed metą, aby zrobić to samo, co ja poprzednim razem? A może planuje coś innego? Niedoczekanie jego. Prowadzenie na jakiś czas mogę mu oddać, ale zwycięstwo na pewno nie.
Ten kretyn posuwa się jednak o krok za daleko. Nie wiem czy jest samobójcą, czy po prostu postradał resztki rozumu. Nie interesuje go, że droga jest wąska, po prostu przepycha się z prawej strony, przygniatając mnie do skał. Przez ten zabieg gubię lewe lusterko wsteczne, a snop iskier sypie się za mną. Jednak Skyline również na tym cierpi, obdzierając się o bandę. Zdecydowanie to nie miejsce, gdzie można po prostu wyprzedzać! Mimo tego Jonathan próbuje przepchnąć swój pojazd. Odpuszcza na chwilę, gdy zbieramy kolejny stromy zakręt, by za moment ponowić próbę.
— A jedź sobie! — Przyciskam Camaro do ściany, jak tylko mogę, żeby wreszcie ten przeklęty Nissan mnie wyprzedził.
Chłopak jakby na to czeka. Obejmuje prowadzenie. Nie zmniejszam jednak odległości, jaka nas dzieli. Moją szansą na zwycięstwo jest wyprzedzenie go przy ostatnim, najniebezpieczniejszym zakręcie, dokładnie przed metą. Skoro mój brat uwielbia hamować przy zakrętach i wykonywać zbyt szeroki łuk, ja nie zamierzam zmarnować takiej okazji.
Przy tak dużej prędkości i krótkim torze, trasa niknie w oczach. Każdy zakręt udaje nam się ledwo wyrobić, obdzierając pojazdy. Nikt nie jest perfekcyjny, więc nic dziwnego, że nie potrafimy idealnie zmieścić się w wyznaczonych miejscach. Droga mija dość szybko, intensywnie i z każdą kolejną chwilą nachodzi mnie myśl, czy uda się z następnego manewru wyjść cało. Ogarniające przeczucie rychłego końca nie chce zniknąć, jednak sprawia mi to nieoczekiwaną ulgę. Mogę tu umrzeć, a ja się z tego powodu cieszę? Chyba coś ze mną nie tak.
Zbliżamy się, to już ten ostatni, decydujący zakręt. Nie daję Jonathanowi możliwości zwolnienia, gnając do przodu i tym samym pchając jego auto. Widzę, że próbuje hamować, czerwone lampy z tyłu pojazdu się zapalają, ale auto nie reaguje. Jest już za późno, aby wyrobić ten zakręt, Skyline jest zbyt wychylony, a hamulce nie działają. Jonathan mimo wszystko posiłkuje się ręcznym, podchodząc do stromego łuku. Wykorzystuję tę okazję, również przy użyciu ręcznego hamulca zbliżam się do Nissana, wpycham go na skałę, która wybija przód pojazdu. Z pomocą impetu uderzenia mojego Camaro, samochód przebija się przez barierkę i spada w przepaść. Gdy znajduje się na jej końcu, do uszu wszystkich widzów dociera okropny huk wybuchającego wozu.
Zatrzymuję pojazd w miarę jak najbliżej miejsca całego zdarzenia. Podbiegam do urwiska, by sprawdzić, co z Jonathanem. W moim kierunku zmierzają niektórzy imprezowicze, jednakże dostrzegamy jedynie słaby płomień. Nawet latarki nie są w stanie dostrzec sylwetki rozbitego Skyline’a. Odległość jest jednak zbyt duża, by ktokolwiek mógł to przeżyć, jestem tego pewien. Nie dość, iż upadek ze sporej wysokości to jeszcze wybuch. Można uznać sprawę za zakończoną.
— Czemu nie hamował? — Słyszę zdziwione głosy kilku osób.
Da się to wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Prośba, którą miałem do Walkera…

~~*~~
— Tak na marginesie, możesz coś jeszcze dla mnie zrobić?
— Co takiego?
— Jak już naprawisz Nissana, przed oddaniem go Jonathanowi, przetnij przewody hamulcowe. Zanim będziemy się ścigać, cały płyn wycieknie, a ten dupek nie będzie mógł go użyć. Pokombinuj, żeby nie widział również ostrzeżenia na stacyjce. Może to niehonorowe, ale przegiął.
~~*~~

Przykro mi, bracie, ale tę rundę przegrałeś. Twoim ostatnim błędem było spowodowanie wypadku Ashtona. Powinienem był zająć się tobą skutecznie już dawno, ale za każdym razem przypominałem sobie, że jednak jesteśmy rodziną. Chciałem ci wybaczyć i zaakceptować ponownie, ale nie umiałem. Za każdym razem, gdy cię widziałem, czułem jedynie wstręt. A mimo tego, stojąc tutaj ze świadomością, że ciebie już nie ma, nie czuję tej ulgi. Twoje odejście jest równie bolesne, jak rodziców.
— Luke, wynośmy się stąd. — Marisa chwyta mnie za ramię.
Wciąż jednak nie mogę oderwać wzroku od dziury i płomieni w oddali. Zdają się takie odległe, jak mała świeczka, której się używa, jeśli zabraknie prądu. Nie potrafię tak po prostu obojętnie odejść, jakby nic się nie stało. Muszę jednak udawać przed pozostałymi, że zabójstwo rodzonego brata nie robi na mnie żadnego wrażenia.
— Luke, proszę, chodźmy już! — Brunetka nie daje za wygraną.
— Mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia. — Z bólem serca odrywam się od wykonywanego zajęcia, by ruszyć w stronę kolegów Jonathana.
Stoją niedaleko Mike’a i Aileen całkowicie zszokowani. Nie wiedzą, jak się zachować, skoro ich szefa już nie ma. Przyglądają się tępo, jak zmierzam w ich kierunku, z obojętnym wyrazem twarzy. Nie jest łatwo go utrzymać, w tych okolicznościach, ale cel uświęca środki, przy nich trzeba grać bezwzględnego mordercę, żeby wreszcie odpuścili.
— Zabawne, bez swojego pana nie szczekają już tak głośno. — Zwracam uwagę na ich milczenie. — Kto teraz dowodzi?
— Nie chcemy kłopotów, to już koniec. — Odzywa się Pierce.
— Tak łatwo odpuszczacie, nie chcecie wyrównać rachunków za szefa? — Nie daję za wygraną.
— Jest ktoś, kogo boimy się bardziej niż ciebie. — Taylor dołącza do rozmowy.
— Kto taki?
— Nigdy nie widzieliśmy go na oczy, kontaktował się tylko z Jonathanem. Nie udało nam się sprowadzić dla niego tej laski. — Rogers wskazuje na Marisę. — Nie daruje nam tego, więc wynoszę się stąd, póki jeszcze mam szansę.
Jak widać jego przyjaciele również odpuszczają i wsiadają do swoich samochodów. Przerażenie na ich twarzach, gdy mówią o tym "kimś" jest autentyczne. Obawiają się tej osoby bardziej niż mnie. Posiada większe wpływy i władzę ode mnie. Czyli jednak… Wciąż o niej pamięta. Ale czemu działa dopiero teraz?
— Możemy im uwierzyć? — Pyta Aileen.
— Przyjrzałaś im się? Srają po gaciach ze strachu przed kimś potężniejszym. Wątpię, że będą stanowić dla nas problem. Spadajmy, zanim zjadą się gliny. — Kieruję się w stronę mojego obitego Camaro.
Zajmuję miejsce kierowcy, włączam słuchawkę oraz tworzę konwersację głosową w telefonie, abyśmy zachowali kontakt w czasie podróży. Czekam, aż Marisa usiądzie obok mnie, po czym wyruszam w stronę Woodstown.
— To był zły pomysł. Rozumiem, że jesteś wściekły za wypadek Ashtona, ale zabić brata? Ten plan od początku wydawał się idiotyczny. Może go nienawidzisz, ale to jednak twoja prawdziwa rodzina… — Zamierza drążyć ten temat.
— Był dla mnie nikim. — Chyba bardziej próbuję przekonać siebie niż Marisę. — Nie rozmawiajmy już o tym…
Zaraz po opuszczeniu wzgórza, docieramy do miasta. Przejeżdżamy kolejnymi zapchanymi, nawet o tej porze, ulicami. Wydaje się być tak cicho i spokojnie. Żadnych zagrożeń, jedynie wymijane samochody podążające w tą samą, bądź przeciwną stronę. Blask ich reflektorów, dźwięk klaksonów oraz zmieniające się światła sygnalizacji świetlnej.
— Cholera… — Z moich ust mimowolnie wyrywa się przekleństwo, gdy dostrzegam dwa wozy policyjne, które na sygnałach zbliżają się do mojego auta. — Nawet nie można liczyć na spokojną przejażdżkę.
Nie mając ochoty bliżej zapoznawać się z panami w niebieskim, od razu zwiększam prędkość. Wyprzedzam kolejnych uczestników ruchu drogowego, gwałtownie zajeżdżając drogę niektórym z nich. Liczę, że spowolnią oni trochę policjantów nerwowymi odruchami. Między nimi przeciskają się dwa znajome Audi, które za nic mają przestrzeganie przepisów.
— Wszyscy w lewo, zgubimy ich w bocznych uliczkach, są jak labirynt. — Powiadamiam kierowców przez słuchawkę.
Bez żadnych sprzeciwów wykonują moje polecenie. Zmierzamy do mniej uczęszczanej dzielnicy Woodstown. Mniejszy ruch i wiele krętych dróg, które prowadzą w ślepe zaułki lub do innych części miasta. Próbujemy skorzystać z każdej możliwej opcji, gwałtownych zakrętów, które wybijają wozy policyjne z pościgu, jednak mnożą się jak króliki.
— Luke, spójrz. — Moja towarzyszka zauważa coś istotnego.
Ciemnoniebieskie Subaru Impreza WRX STI 11 ozdobione złotymi gwiazdkami, wymija wozy policyjne, podążające za mną Audi, by w następnej chwili zrównać się ze mną, korzystając z prawego pasa ruchu. W niedalekiej odległości dostrzegam jednak samochód jadący wprost na niego. Hamuję, aby zrobić pojazdowi miejsce przede mną. Niezdarnie próbuję dodać kierowcę do konwersacji, co z trudem mi się udaje w obecnie panujących warunkach.
— Walker, co ty tu robisz? — Od razu przechodzę do rzeczy.
— Jonathana już nie ma, więc nie widzę dalszej potrzeby ukrywania się. Z resztą umrę z nudów, jeśli was aresztują. — Odpowiada beztrosko. — Za mną, wyprowadzę was stąd.
Podążam dokładnie za Subaru, które niezrażone mnożącymi się patrolami, gna dalej przed siebie. Kiedy wyprowadza nas na ruchliwszą ulicę, dostrzega policyjną blokadę tuż przed nami. Zamiast podjąć próbę wyminięcia ich czy cofnięcia się, postanawia wybrać boczną uliczkę po prawej, unikając w ten sposób rozstawionych radiowozów. Jest tylko jeden problem…
— To ślepy zaułek! Nie przebijesz muru tym małym Subaru! — Coraz bardziej się irytuję.
— Założymy się?
Ten wariat zamierza wpakować nas wszystkich do pierdla czy może pozabijać, bo już sam nie wiem? Ufam mu, w końcu jest jednym z nas, choć zakonspirowanym w środowisku ścigaczy dla zbierania informacji, jednak w tym momencie nachodzą mnie wątpliwości. Coraz bardziej zbliżamy się do końca drogi.
— Hamuj! — Marisa zaczyna panikować.
— Jeśli to zrobię z pierdla już nie wyjdę. Wolę zginąć. — Sam nie do końca w to wierzę.
— Ale ja chcę jeszcze pożyć!
Nie widzę dobrego rozwiązania. Zatrzymanie się oznacza aresztowanie. Prędzej czy później mundurowi odkryją, że "Mrok" to ja. Wtedy zgniję w pierdlu. W jej przypadku nie jest lepiej. Również zostanie aresztowana do czasu wyjaśnienia sprawy wybuchu w sierocińcu. Jeżeli nie wyhamuję, zamienimy się w mokrą plamę. Wybór niezwykle ciężki. Kiedy tak biję się z myślami, a brunetka w rozpaczy zakrywa twarz dłońmi, aby nie widzieć jak rozwalamy się o jadące przed nami Subaru, betonowa ściana blokująca nam drogę eksploduje. Zostaje rozerwana na kawałki, które wylatują w różne strony. Ulica po drugiej stronie nieistniejącej już przeszkody stoi przed nami otworem. Przejeżdżamy przez nią szybko, choć spadające kawałki muru uderzają o nasze samochody. Najbardziej obrywają jednak Audi, które wyjeżdżają na samym końcu. Zaraz za nimi trzy osoby rozkładają w tamtym miejscu kolczatkę, żeby unieruchomić policyjne radiowozy.
— Zwracam honor. — Wciąż nie wierzę w to, co się dzieje.
— Mają szczęście, że się wyrobili. Myślałem, że nie zdążą. — Odpowiada Walker z ulgą.
Czyli jednak bez stuprocentowej pewności, iż się uda, Walker postanowił zaryzykować… Ten człowiek nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Mimo tego wszyscy żyjemy, więc złość na niego szybko mi przechodzi. Dalsza droga prowadzi nas wprost do otwartych na oścież wjazdów na stanowiska w warsztacie naszego przyjaciela. Korzystamy z nich, a w następnej chwili pracownicy zamykają wejście za nami.
— Widzisz, nie było tak źle. — Przerywam ciszę, która nastała jakiś czas temu.
— Uduszę cię kiedyś… — Brunetka nie podziela mojego zdania.
Opuszczamy pojazdy. Nie wyglądają one obiecująco, ale skoro jesteśmy w warsztacie, to się szybko zmieni. I tak nie możemy odjechać, dopóki patrole się nie przerzedzą, więc jesteśmy tu uziemieni. Lepiej znaleźć pozytywy tej sytuacji, wciąż żyjemy i nie jesteśmy skuci w kajdanki.
Przyglądam się Aileen, która ocenia stan swojego Audi R8. Rozbita przednia szyba od strony pasażera. Dobrze, że nikt z nią nie jechał, bo byłby już trupem. Dodatkowo kilka wgnieceń na dachu, masce i urwany spoiler. Mocno wgniecione oba zderzaki.
— Szlag… — Nie wygląda na zachwyconą.
— Spokojnie, dobrze się nią zajmę. — Podchodzi do niej Walker.
— Liczę na ciebie. Tylko bądź delikatny, to moja perełka. — Dziewczyna zbliża się powoli do mechanika.
— Jasne, nie ma sprawy. Potem się tym zajmiemy, teraz zapraszam wszystkich do mojego biura. — Skinieniem głowy wskazuje pomieszczenie na samym końcu hali.
Bez zbędnego ociągania czy też zbytniego rozglądania się, zmierzamy na wprost, do wyznaczonego celu. Gdy przekraczamy drzwi, naszym oczom ukazuje się niewielkie, klonowe biurko z czarnym krzesłem obrotowym. Na blacie stoi pięć napełnionych kieliszków, a obok otwarty szampan. Ściany koloru białego już od dawna zdają się przechodzić w odcienie szarości. Betonowa podłoga wydaje się być miejscami przybrudzona przez smary.
— Zdrowie tych, którzy tu są! — Walker podnosi swój kieliszek, a my idziemy za jego przykładem.
— Oraz tych, których z nami nie ma. — Na myśl od razu przychodzą mi Calum i Ashton.
— Za widowiskową ucieczkę i rodzinę! — Toast dokańcza Mike.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz