wtorek, 1 czerwca 2021

Chapter 24

Przyznaję, że wyczekiwałam również tego rozdziału, dlatego pisało mi się go o wiele przyjemniej niż dwa poprzednie. Poświęciłam część wcześniejszego dnia, żeby napisać wstęp, a później poszło już z górki. Jednak on był od początku zaplanowany w całości, więc wystarczyło przelać to na papier. Przyda się coś luźniejszego. Miłego czytania!


Nawet nie mam pomysłu, jak spędzić ten "dzień luzu" przed kolejną wyprawą. Aż strach pomyśleć, co na nas czeka w Euri Creek. Dlaczego akurat to miejsce? I kto poza mną wie o tym, że to rodzinne miasto mojej matki? Najchętniej w tej chwili rzuciłabym wszystko i tam pojechała, jednak po ostatnim znalezisku wciąż jestem w szoku. Może ta przerwa jest dobrym rozwiązaniem, żeby oczyścić umysł, ale jeśli czeka tam następna ofiara w potrzebie? Na pewno to żadne z moich przyjaciół, gdyż rozmawiałam przez telefon z Catią. Są cali i zdrowi, a sprawa wybuchu dalej stoi w miejscu. Pozostaje mieć nadzieję, że nie skrzywdzą kogoś niewinnego, aby ponownie wyprowadzić nas z równowagi.
Przekręcam się na drugi bok, twarzą w stronę okna. Promienie zachodzącego słońca wpadają przez szybę w swych pięknych pomarańczowych odcieniach. Przymykam powieki. I tak nie pozostaje mi nic innego niż odpoczynek. Mam zamiar przespać resztę dnia, aby nie pozostawiać pola do manewru moim pogmatwanym myślom. Wyśpię się i zregeneruję siły psychiczne oraz fizyczne na wyjazd do Euri Creek.
— Co ty robisz? Jeszcze jesteś w piżamie? Nie wychodzisz stąd od wczoraj. Pobudka, szkoda wieczoru! — Wykrzykuje Aileen, która wpada jak burza do mojego pokoju. — A tak na marginesie, wszystkiego najlepszego! — Skacze na łóżko i przytula mnie mocno.
— Zaraz, co?! — Spoglądam na datę w telefonie. — Zupełnie zapomniałam, tyle się ostatnio dzieje. Dzięki za życzenia, ale skąd o tym wiesz?
— Moja słodka tajemnica.
Słodka tajemnica… Ci ludzie są przerażający, od razu zdobywają nawet tak błahe informacje. Jak im się to udało? Czyżby ten ich lekarz im powiedział? W końcu miał moją kartę ze wszystkimi danymi, a może użyli jakichś innych nielegalnych źródeł?
— Dzień, jak co dzień. To jedne z wielu urodzin w moim życiu. Nie widzę w nich niczego niezwykłego. — Z wyjątkiem tego, że miały być symbolem wolności. Czekałam na to, żeby wynająć coś z Catią, ale nie powiem o tym brunetce.
— To osiemnaste urodziny, drugich takich nie będzie! Trzeba je należycie uczcić. — Dziewczyna nie odpuszcza.
— Wystarczą mi te życzenia oraz spędzenie czasu w mięciutkim łóżku. — Oznajmiam.
— Nie ma mowy! Nie pozwolę ci zmarnować takiej okazji. Idziemy dziś do klubu, więc rusz tyłeczek z łóżka, bo musimy zacząć się szykować! — Jej propozycja wręcz mnie przeraża.
— Nie chcę, naprawdę, nie czuję się na siłach. — Próbuję się wymigać.
— Nie przyjmuję żadnych wymówek. Wstawaj, kupiłam już dla ciebie odpowiedni ciuch. — Wręcza mi czerwone, podłużne pudełko przewiązane zieloną kokardką.
Zmieniam pozycję z leżącej na siedzącą. Zabieram się za rozpakowywanie prezentu. Pomału rozrywam czerwony papier ozdobny, po czym otwieram tekturowe pudełko. Moim oczom ukazuje się czarna, obcisła i dość krótka sukienka z dużym dekoltem ozdobionym srebrnym łańcuchem. Do kompletu dziewczyna podaje mi czarne, lakierowane i proste dziesięciocentymetrowe szpilki. Przyglądam się tym częściom garderoby z nietęgą miną.
— Powiedz, że to żart. — Wciąż jestem oniemiała.
— Będziesz wyglądała urzekająco. No już, wstawaj i przymierzaj to, nie mamy wieczności. — Ponagla mnie.
Niechętnie zwlekam swoje cztery litery z łóżka. Pomysł Aileen kompletnie do mnie nie przemawia. Nie jestem typem dziewczyny, która lubi zakładać kiecki i przyciągać uwagę obcych mężczyzn. Raczej wolę założyć spodnie i koszulkę, żeby czuć się komfortowo, a nie jak odpicowana lalka Barbie. Do tego samo pójście do klubu nie brzmi kusząco. Nie jest to jedna z moich ulubionych form rozrywki. A tak poza tym…
— Przecież jestem poszukiwana, nie mogę tam iść, bo istnieje ryzyko, że zostanę aresztowana. — Pojawia się światełko nadziei, moja ostatnia deska ratunku, którą pierwszy raz postrzegam jako korzyść.
— Spokojnie, to klub Luke’a. On wszystkiego dopilnuje, a tak w ogóle to nie wpuszczają tam kapusiów tylko zaufanych, sprawdzonych ludzi. — Uświadamia mnie z triumfalnym uśmiechem goszczącym na twarzy.
To już koniec, jestem w pułapce. Jak to możliwe, że ten chłopak ma tyle władzy czy tam znajomości, żeby zapewnić mi "bezpieczną" zabawę w swoim klubie, na jego widok psychole trzęsą portkami, a nie potrafi pomóc w oczyszczeniu mnie z zarzutów? Nie bardzo to wszystko rozumiem, ale spróbuję się dowiedzieć.
— Skoro Luke ma takie wpływy to czemu nie pomoże udowodnić mojej niewinności? — Zadaję nurtujące mnie pytanie.
— Nie ma aż takiej władzy i nie dogaduje się z glinami. Jego również szukają, choć nie wiedzą, kim dokładnie jest. Jeśli próbowałaś poszukać jakichś informacji o nim, to powinnaś już się tego domyślić. — Przewraca teatralnie oczami. — We własnym klubie jest pewny, że nic złego się nie stanie. Poza nim nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa. Wizyta w każdym miejscu, które do niego nie należy to ryzyko. Bez obaw, tamci klubowicze są czyści. — Udaje ziewnięcie. — Normalnie zasypiam, tak się ociągasz. Ubieraj wreszcie tę kieckę albo ja ci pomogę.
Wzdycham ciężko, zrezygnowana. Już nie mam żadnych argumentów, żeby przekonać Aileen o mojej niechęci do tej rozrywki. Zdejmuję piżamę po czym zakładam przygotowany przez dziewczynę komplet. Obracam się kilkukrotnie oraz przechadzam po pokoju, według jej zaleceń.
— Włosy zostawiamy rozpuszczone. Nawet nie potrzebujesz makijażu, w tej chwili jest idealnie. — Kiwa głową z aprobatą. — Teraz moja kolej, poczekaj chwilę. — Podnosi się z mojego łóżka, a następnie znika za drzwiami.
Opadam załamana na posłanie. Ta kiecka mnie pije, z wysiłkiem mogę złapać w niej oddech i myślę, że ledwo zakrywa mój tyłek oraz piersi. Czuję się jak jakieś cyrkowe zwierzę. Mam być wystawiona publiczne w tym zbyt przylegającym do ciała wdzianku ku uciesze Aileen. Może będzie jeszcze karnety na zdjęcie ze mną sprzedawać?
Po jakichś kilkudziesięciu minutach brunetka wreszcie zjawia się w moim pokoju. Jej kreacja nie jest znacznie mniej wyrafinowana. Dziewczyna ma na sobie rozkloszowaną sukienkę w poziome biało-niebieskie paski. Jej nogi okrywają posrebrzane szpilki, które idealnie komponują się ze srebrnymi dodatkami w postaci bransoletki, kolczyków oraz naszyjnika. Włosy pozostawia rozpuszczone.
— I co myślisz? — Obraca się wokół własnej osi.
— Wyglądasz pięknie i zdajesz sobie z tego sprawę.
— Dziękuję bardzo. — Chwyta mnie za rękę. — Czas się zbierać, chłopcy już na nas czekają.
Pozwalam Aileen prowadzić mnie za rękę jak jakieś dziecko, które nie ma ochoty gdzieś pójść. Na mojej twarzy nie można dostrzec choćby cienia uciechy, ale najwyraźniej dziewczyna specjalnie nie zwraca na to uwagi. Przechodzimy przez salon, potem szatnię, aż w końcu docieramy do drzwi wyjściowych, które przekraczamy.
Na podjeździe dostrzegam pozostałą część ekipy. Ashton ubrany jest w biało-czarną flanelową koszulę ze spodniami z czarnego jeansu oraz conversy. Mike przyodziany jest w bordową, aksamitną koszulę, czarne jeansy oraz biało-niebieskie Adidasy. Luke natomiast ma na sobie białą, elegancką koszulę oraz czarne spodnie od garnituru. Nie może obejść się jednak bez swoich Air Jordanów, które niekoniecznie pasują do reszty ubioru. Blondyn nie podnosi nawet wzroku znad telefonu, a pozostali żywo o czymś dyskutują. Dopiero chrząknięcie Aileen zmusza ich do przerwania wykonywanych czynności. Gdy Hemmings spogląda na nas, nie może wydobyć z siebie słowa. Stoi jedynie z szeroko otwartymi ustami. Ashton i Mike zaczynają natomiast gwizdać na nasz widok.
— Aż tak źle wyglądam? — Podchodzę do blondyna, żeby wyszeptać mu te  słowa do ucha.
— Wręcz przeciwnie, częściej zakładaj sukienki. To grzech ukrywać takie ciało pod stertą ubrań. — Jego uwaga mnie zadziwia i onieśmiela zarazem.
— Myślałam, że wyskoczysz z jakąś kąśliwą uwagą. Zaskoczyłeś mnie.
— Przynajmniej dzisiaj się powstrzymam, choć bardzo mnie kusi. — Przyznaje.
— Więc wypada skrzętnie to wykorzystać. — Uśmiecham się szyderczo.
— Zbieramy się. — Oznajmia, po czym podchodzi do drzwi od strony pasażera i otwiera je przede mną.
Zachowuje się jak dżentelmen, co jest takie niepodobne do niego, a jednak pasuje idealnie. Zajmuję wyznaczone miejsce, a drzwi pojazdu zamykają się za mną. Po chwili Luke zajmuje miejsce kierowcy w swoim ukochanym Camaro.
— Czas się zabawić. — Po tych słowach wyruszamy.

***
Klub umiejscowiony jest na obrzeżach Woodstown. Nie czuję się tutaj zbyt komfortowo, w każdej chwili ktoś może mnie rozpoznać i wezwać policję. Zwykły przechodzień stanowi dla mojej osoby zagrożenie, a jak mundurowi dowiedzą się, gdzie przebywam, wątpię, że powstrzymają się przed wtargnięciem do budynku. Sama budowla nie jest wysoka, natomiast strasznie szeroka. Obejmuje spory obszar. Przez brak wystarczającego światła, ciężko mi rozpoznać kolory. Dachówka jest dość prosta, również ułożona pod skosem jak w większości domostw. Wokół mieści się rozległy parking, jednak pewna jego część wciąż pozostaje pusta. Pilnuje jej jakiś umięśniony facet, zapewne ochroniarz. Czuprynę ukrywa pod czapką, jedynie wystaje z niej kilka brązowych kosmyków. Luke podjeżdża do niego, wita się i od razu zostaje wpuszczony, wraz z dwoma towarzyszącymi nam samochodami. Muzyka elektroniczna aż tutaj dudni w uszach, strach mnie ogarnia na myśl, jak głośno musi być w środku.
Po zaparkowaniu, opuszczamy pojazdy, kierując się w stronę obleganego wejścia. Ustawiona jest przed nim spora kolejka, jednakże Hemmings ani myśli zająć w niej miejsce i czekać na swoją kolej. Z szacunkiem zostaje powitany przez kolejnego ochroniarza, blondyna równie hojnie obdarzonego przez naturę, jak ten na parkingu. Mężczyzna przepuszcza nas niemal od razu. Kolejni ochroniarze pozwalają nam wejść bez przeszukania. Przypinają nam jedynie szare bransoletki z nazwą klubu, gdybyśmy zechcieli wyjść z niego, a potem wrócić.
Przez szeroki korytarz można udać się w dwie strony. Po lewej umiejscowiono toalety dla imprezowiczów, natomiast z prawej rozgrywana jest cała zabawa. Kolorowe neony rozświetlają ogromny parkiet, za którym umiejscowione są stoliki dla gości. Nad nimi znajduje się antresola, na której umieszczono strefę VIP. Aktualnie świeci ona pustkami, zapewne calutką przeznaczono dla nas. Pod nią natomiast umiejscowiono bar, który jest najbardziej oblegany.
Aileen łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą w stronę schodów. Przeciskamy się przez tańczących ludzi, którzy nawet nie zwracają uwagi, że na kogoś wpadają. Są zbyt pochłonięci wykonywaną czynnością. Przedarcie się przez ten tłum już można nazwać ogromnym wyczynem. Co chwilę ktoś się o nas obija, jednak brunetka mocno trzyma moją dłoń, żebym jej się nie zgubiła. Za mną podążają Ashton i Mike, którzy, co prawda niechętnie, ale też pewnie służą pomocą w razie potrzeby. Drogę po schodach pokonujemy szybko, po czym rozsiadamy się na aksamitnych obiciach trzech kanap ułożonych w półkole przed stolikiem. Rozstawione już są na nim kolorowe alkohole w wiaderkach z lodem.
— Dawno tu nie byliśmy, już prawie zapomniałam, jak to miejsce wygląda. — Aileen przekrzykuje muzykę.
Luke bez zbędnych ogródek sięga po schłodzonego szampana oraz nalewa pełne kieliszki mnie, a także brunetce. Żaden z chłopaków nie próbuje się napić, jako że są kierowcami. Dość odpowiedzialnie, biorąc pod uwagę fakt, iż lubią ryzyko.
— Dzisiaj kończysz osiemnastkę, jubilatko! Twoje zdrowie! — Dziewczyna wznosi za mnie toast w akompaniamencie oklasków płci przeciwnej okupującej wraz z nami strefę VIP.
Opróżniam swój kieliszek dość powoli, delektując się musującym napojem. Po kilku łykach szkliwo zostaje całkowicie puste. Rzucam spojrzenie na parkiet w nadziei, że nie będę musiała na niego wyjść. Nie potrafię tańczyć, więc sam ten fakt jest powodem do wstydu. Zamiast tego, staram się zagaić rozmowę z pozostałymi, aby odciągnąć ich myśli od tańca. Na ten moment świetnie mi to wychodzi, poznaję coraz lepiej wszystkich członków tejże pokręconej ekipy.
Dowiaduję się, że Ashton jest jedynakiem oraz zna się na komputerach, można go śmiało nazwać hackerem. Potrafi włamywać się na tajne strony, jednakże do "poważniejszych" instytucji nie próbuje, jeszcze wolność mu miła. Mike natomiast posiada dwójkę rodzeństwa, młodszą siostrę i starszego brata. On bardziej pełni rolę zaopatrzeniowca w ekipie. Obaj mają pełne, szczęśliwe rodziny, a mimo to zostawili je, aby podążyć za Hemmingsem. Aileen z resztą podobnie, jej rodzice żyją i mają się dobrze, choć stracili syna trzy miesiące temu. Dzielę się z nimi również moją przeszłością, chociaż zdaję sobie sprawę, że mogli już dawno zdobyć takowe informacje. W każdym razie pokazuję, iż zaczynam im ufać, a oni odwdzięczają się tym samym. Hemmings jako jedyny nic nie mówi o sobie. Tylko słucha nas uważnie, a na jego twarzy co jakiś czas pojawia się nieopisany grymas.
— Koniec tego gadania, chodźmy tańczyć. — Aileen łapie za ręce Ashtina i Mike’a, ciągnąc ich za sobą w stronę parkietu.
Zostajemy z "Mrokiem" sami. Nie mam pojęcia, o czym w ogóle z nim rozmawiać. Nawet Ashton, który nie jest zbyt przyjaźnie do mnie nastawiony, otwiera się przede mną, a blondyn najwyraźniej oczekuje tylko jednostronnego zaufania, nie dając niczego w zamian.
— Wiem już coś o pozostałych, a o tobie nadal nic. — Mówię z wyrzutem. — Jak mam ci zaufać, skoro ty nie potrafisz tego zrobić?
— A o czym tu mówić? Podobnie miałem spartolone dzieciństwo, jak ty. Moja matka zmarła na raka, kiedy byłem gówniarzem… Po niedługim czasie ojciec wyszedł po głupią paczkę fajek. Gdy zapukała do drzwi policja, powiedzieli, że został zadźgany przez jakichś dupków, którzy dowalali się do pewnej dziewczyny. Jako dżentelmen chciał pomóc i spotkało go coś takiego… Nie miałem zamiaru wylądować w bidulu, więc wymknąłem się z domu, zanim przyjechali z odpowiedniej instytucji. Utrzymywałem jednak kontakt z chłopakami, w końcu byli moimi kolegami z piaskownicy. Nauczyłem się przetrwać, a po pewnym czasie oni dołączyli do mnie. — Opowiada o tym spokojnie, całkowicie pogodzony ze swym losem.
— I teraz jesteś tutaj, jako jeden z najbardziej wpływowych gangsterów.
— Nie jestem żadnym gangsterem, tylko biznesmenem, który lubi od czasu do czasu zabawić się w wyścigi. To jedna z niewielu przyjemności w życiu.
— A te całe strzelaniny i podejrzane typy? To też część interesów? — Nie dowierzam.
— Nie każde są udane i proste. Mało ważne…
— Opowiedziałeś coś o swoich rodzicach, a co z rodzeństwem? Masz jakieś?
Blondyn wstaje z kanapy, podchodzi do szklanej barierki i spogląda na parkiet. Skinieniem głowy daje mi znak, żeby do niego podejść. Wykonuję polecenie, po czym do moich uszu dociera jego odpowiedź:
— To jest moje rodzeństwo. Innego nie potrzebuję. — Jego wzrok podąża za Ashtonem, Mike’iem i Aileen, którzy w najlepsze wyginają się na parkiecie w akompaniamencie skocznej piosenki. — Chodź, nie będziemy całą noc siedzieć i gadać.
Hemmings łapie mnie za rękę i prowadzi w stronę rozszalałego tłumu. Niech to szlag, jednak zamierza ze mną zatańczyć. Z każdym kolejnym krokiem serce łomocze mi jak oszalałe, chyba zaraz wyskoczy z mojej piersi. Ze strachu cała się trzęsę, a nogi mam jak z waty. Przecież to będzie największe upokorzenie, jakiego dzisiaj doświadczę. Już bardziej kuszące są te jego zgryźliwe uwagi. Kiedy znajdujemy wolną przestrzeń na parkiecie, ogarnia mnie panika. Stoję przerażona przed "Mrokiem". Od jego ciała dzieli mnie dosłownie kilka centymetrów.
— Luke, ja nie umiem tańczyć. — Wyznaję.
— Najwyższa pora się nauczyć. To nie takie trudne, pokażę ci. — Uśmiecha się pokrzepiająco.
Kładzie jedną rękę na mojej talii i przysuwa się nieco bliżej. Teraz już praktycznie się ze sobą stykamy. Drugą dłonią natomiast chwyta moją. Sama kładę wolną rękę na jego ramieniu. Zaczynamy pomału ruszać się w takt wolnego kawałka. Na ten moment kręcimy się tylko w kółko, wykonując niewielkie ruchy biodrami. Potem Luke stawia krok do przodu, zmuszając mnie do cofnięcia się. Notorycznie stawiam swoje kroki na jego, jednak blondyn nic nie komentuje, wciąż jest wyluzowany. Wbija we mnie swój wzrok. Błękitne oczy chłopaka zdają się teraz przypominać wzburzone morze zamiast górę lodową, jak przy wcześniejszym spotkaniu. Na jego ustach widnieje łagodny uśmiech. Czuję, że od jego przenikliwego spojrzenia zaczynam robić się czerwona na twarzy, więc szybko odwracam wzrok. Dostrzegam coś, co wydaje mi się dość dziwne.
— Dlaczego chłopaki obchodzą się z Aileen, jak z porcelaną? Spokojnie, nie roztrzaska się.
— Boją się, żeby nie położyć przypadkiem rąk tam, gdzie nie powinni. W końcu to siostra przyjaciela, a do takiej nie można startować. Nawet, jeśli on nie żyje. — Wyjaśnia.
Dość dziwna zasada, ale fakt, że w ogóle jakieś wyznają jeszcze bardziej mnie zadziwia. Najwyraźniej mają jeszcze wiele masek do odkrycia. Niby są groźni, a z drugiej strony potrafią zachowywać się jak dżentelmeni i zwyczajni obywatele. W dodatku nie są wiele starsi ode mnie. Przez te kilka tygodni coraz bardziej zyskują moją sympatię. Nie wydają się tacy źli, jak na początku myślałam. Zastanawia mnie tylko, jakim cudem ktoś tak młody był w stanie osiągnąć tak wiele w krótkim czasie?
Po kolejnych dwóch tańcach stwierdzamy, że trzeba zrobić sobie przerwę. Ponownie wracamy do loży VIP. Na schodach Luke przez chwilę się zatrzymuje i spogląda na barmankę. Wychudzona, jej ciało opina biała, ciasna koszulka ze srebrnym nadrukiem jakiejś kapeli. Jej blond kosmyki sięgające do ramion są poprzedzielane gdzieniegdzie różowymi pasemkami. Po chwili odrywa od niej wzrok i podąża za nami.
— Co to za blondyna, którą tak pożerałeś wzrokiem? — Pytam Hemmingsa.
— Lacey, nie mieliśmy okazji bliżej się poznać. Menadżer nie poinformował mnie, że zatrudnił nowego pracownika, a nie widziałem jej tu poprzednio. — Opada ciężko na kanapę.
Nalewam sobie całą szklankę whiskey. Próbuję wypić ją duszkiem, jednak przez gardło nie przechodzi mi więcej niż trzy łyki. Boże, mocny trunek. Po kilku próbach udaje mi się opróżnić alkohol, ale na tym nie poprzestaję. Nalewam sobie kolejną, pełną szklankę.
— Zwolnij trochę. — Luke kładzie dłoń na szkle.
— Nie będziesz mówił, ile mam pić. — Próbuję zabić jakieś dziwne ukłucie w klatce, które towarzyszy mi od chwili, gdy z takim zainteresowaniem wpatrywał się w tamtą dziewczynę.
Niechętnie zabiera rękę z mojej szklanki. Ponownie opróżniam jej zawartość dość szybko, krztusząc się przy tym. Mój umysł coraz bardziej się uspokaja. Ogarnia go kojąca błogość, a sama zaczynam podchodzić do wszystkiego olewająco.
Nagle do naszych uszu docierają jakieś krzyki. Czterech mężczyzn ubranych kompletnie na czarno, z kapturami zarzuconymi na głowy zaczyna się do nas zbliżać, mając w głębokim poważaniu biegnącą za nimi ochronę. Przechodzą przez tłum ludzi, odpychając rozemocjonowane osoby zbyt mocno. Jedna dziewczyna upada nawet na podłogę. Wbiegają po schodach, a za chwilę stoją przed nami w swej okazałości. Trzech z nich znam z poprzednich spotkań, ale stojącego na ich czele faceta widzę po raz pierwszy. Jego lodowate spojrzenie wędruje po twarzach nas wszystkich. Trochę przydługie blond kosmyki wystają zza kaptura. Czy to jest ten cały Jonathan?
— Ciebie tutaj nie zapraszałem. — Oświadcza Luke surowym tonem.
— Przepraszam, panie Hemmings. Nie chcieli się zatrzymać, a nawet przyłożyli Stevenowi. — Relacjonuje ochroniarz, za którym mnożą się następni.
— Tak się wita brata? A gdzie szampan i kobiety? — Mężczyzna jest całkowicie wyluzowany. — Pobawiłeś się nią już, ile chciałeś, bo czas nas nagli?
— Brat? Kim pobawiłeś? O co chodzi, Luke! — Kieruję zdenerwowane spojrzenie w stronę blondyna.
Chłopak najwyraźniej traci swoje opanowanie. Jego wyraz twarzy staje się przerażający. Mam wrażenie, że zaraz może posunąć się do rękoczynów. Siedzi przez chwilę bez słowa, jakby zbierając w sobie nadludzkie siły, by móc jakoś się uspokoić.
— Już ci powiedziałem, że ona nie jest żadną zabawką. Postawiłem swoje warunki, ale skoro masz problemy ze zrozumieniem, panowie chętnie ci pomogą. — Skinieniem głowy wskazuje ochroniarzy stojących za plecami mężczyzn.
Jeden z postawnych pracowników klubu kładzie dłoń na ramieniu tego wyszczekanego gościa, który tak łatwo nie ma zamiaru rezygnować. Wyciąga zza pasa pistolet, a jego ludzie podążają w ślad za nim. Celują prosto w nas. Z przerażeniem przyglądam się dalszemu rozwojowi wydarzeń.
— A ja powiedziałem, że nie zamierzam odpuścić. Oddasz ją po dobroci, czy zabieramy dziewczynę siłą? — Najwyraźniej nie zamierza już podejmować rozmowy.
— Przypominam, że jestem u siebie. Jeśli twoje bezwartościowe życie coś dla ciebie znaczy to zabieraj stąd swoje leniwe dupsko wraz z tymi kundlami… — Luke wstaje, a w tej samej chwili kilkanaście sztuk broni wycelowanych zostaje w przybyszów. — Jak widzisz, tutaj to ja mam przewagę.
Mężczyźni stoją zmieszani, jakby nie mając pojęcia, jak w tej sytuacji powinni postąpić. Ten cały przywódca bandy wpatruje się w Hemmingsa morderczym spojrzeniem. Oblizuje spierzchnięte wargi, po czym oznajmia:
— To jeszcze nie koniec.
Faceci pomału opuszczają broń, a potem kierują się w stronę schodów. Towarzyszą im wszyscy pracownicy ochrony, którzy chronią nie tylko porządku w klubie, ale również swojego szefa. Odprowadzamy ich wzrokiem, dopóki nie znikają za ścianą.
— Wyjaśnisz mi w końcu, o co tu do cholery chodzi?! — Ponawiam pytanie. — Ten psychol jest twoim bratem? A ponoć twoją rodziną są ci tutaj. — Wskazuję na Irwina i Clifforda. — Oszukałeś mnie. Do tego umówiłeś się z nim, żeby mnie wystawić! — Próbuję wstać, jednak kręci mi się w głowie od wypitego alkoholu, więc Aileen musi mnie podtrzymywać.
— Nie powiedziałem ci o tym, bo to bez znaczenia! Od dawna przestał być dla mnie bratem. Nie okłamałem cię, Ashton i Mike są moimi jedynymi braćmi… Chciał, żebym mu cię wystawił, ale odmówiłem, do cholery. Gdybym się zgodził, już dawno byłabyś w jego łapach, nie sądzisz? — Stara się jakoś wytłumaczyć.
— Luke naprawdę nie kłamie. Zaufanie to dla nas podstawa. Przemilczał tę kwestię, gdyż nie była istotna, w końcu nigdy by nie przystał na żadne warunki Jonathana. Nie chciał cię denerwować. Powiedział to co najważniejsze, że nie dogadał się z nim… Chciałabyś słuchać jakichś ohydnych odzywek tamtego dupka? — Pomaga mi usiąść.
W tym, co mówi jest trochę racji. Powiedział, że nie udało mu się z nim dogadać, a po zachowaniu Jonathana nie wiem, czy chcę poznać szczegóły ich spotkania. Zapewne nie rozmawiali tylko o mnie, a też o swoich prywatnych sprawach, jak to bywa przy spotkaniu znienawidzonego rodzeństwa. Mimo wszystko muszę dowiedzieć się więcej o sprawach, które mnie dotyczą, bo mogą zawierać ważne informacje. Poza tym przez cały czas chłopaki się mną zajmują, a ich przytyki są bardziej, jak odzywki do swojej siostry, nie mają na celu tak naprawdę obrazić mojej osoby. Uczą mnie nawet, jak przetrwać… Raczej nie marnowaliby na to czasu, jeśli przystaliby na interesy z Jonathanem.
— Następnym razem nie przemilczajcie nawet najgorszych obelg. Wolę wiedzieć, o czym taki zwyrodnialec mówi, może poda jakieś szczegóły dotyczące naszej zagadki. — Powoli się uspokajam i ponownie zajmuję miejsce na kanapie.
— Dobra. — Luke przytakuje.
Po tym trochę czasu mija, zanim wracamy do poprzedniego, szampańskiego nastroju. Ta rozmowa cały czas jest gdzieś z tyłu głowy, jednak staramy się ją zagłuszyć kolejnymi kolorowymi trunkami, a przynajmniej ja i Aileen. Po jakiejś chwili "Mrok" rusza się z miejsca i schodzi na dół. Najwyraźniej jemu nie sposób odmówić, nawet, jeśli jest się w pracy. Prosi do tańca tamtą blondynę. Jej krótka, czarna spódniczka ledwo zakrywa tyłek. Niby co on takiego w niej widzi? Zaraz, czemu tak mnie to obchodzi?
— Patrzysz jakbyś chciała ją zamordować. — Aileen wydaje się rozbawiona tą sytuacją.
— Wydaje ci się. — Dopijam kolejną szklankę, po czym łapię Mike’a za rękę i prowadzę go na parkiet.
Nie wiem, czy alkohol tak mnie ośmiela, jednak nie jest to istotne. Każdy krok sprawia mi trudność, ale nie przejmuję się tym. Przestaję zwracać uwagę na moje zachowanie. Clifford również posiada duże pokłady cierpliwości. Podtrzymuje mnie, kiedy wydaje się, że upadnę, nie wścieka się też, kiedy przydeptuję jego ukochane Adidasy. Obok nas na parkiecie wywijają też Ashton z Aileen. Mój wzrok kieruje się natomiast w stronę Luke’a. Widać, że świetnie spędza czas w towarzystwie blondynki i może tańczyć z nią całkiem swobodnie. Czasami tylko nasze spojrzenia się spotykają, a ja nie jestem w stanie nic odczytać z jego szafirowych oczu.
— Jestem wykończona. — Aileen opada ciężko na siedzenie.
Przyznaję, że ja również padam z nóg. W głowie mi wiruje i nie za bardzo wiem, co się dzieje, ale czy to ważne? Z każdym kolejnym drinkiem coraz bardziej się ośmielam i zaczynam olewać wszystko wokół. Gdy brunetka próbuje polać nam kolejną kolejkę, ponieważ ja nie jestem w stanie, Luke ją powstrzymuje.
— Tej pani proszę już nie nalewać.
— Zajmij się tą blondyną, ja chcę w spokoju świętować. — Daję Aileen znak, iż może jednak napełnić moją szklankę.
— Powiedziałem, że już ci wystarczy. Pora się zbierać. — Oświadcza szorstko.
Kroczę powoli, trzymając się barierki z grubego szkła. Sprawia mi to nie lada wyzwanie. Kiedy moje stopy dotykają już parkietu, uśmiecham się triumfalnie. Próbuję postawić kolejny krok, jednakże wtedy się potykam. Silne ramiona blondyna oplatają mnie w pasie, ratując przed upadkiem.
— Skaranie boskie z tobą. Zdecydowanie przesadziłaś. — Podnosi mnie, jakbym nic nie ważyła i zanosi do swojego samochodu.

***
Praktycznie nic nie czuję, mimo tego nie mogę przestać się uśmiechać. Wtulona w tors blondyna nawet nie zwracam uwagi, gdzie jestem przenoszona. Mało mnie to obchodzi. Każdy jego kolejny krok zdaje się nie sprawiać mu żadnej trudności, choć piórkiem to ja nie jestem. Chłopak chyba potyka się o coś. Udaje mu się jakoś położyć mnie na łóżku, jednak sam przyklęka na posłaniu, aby nie upaść. Jego twarz jest zdecydowanie zbyt blisko mojej. Przyglądam się uważniej jego gładko ogolonej, owalnej twarzy. Wkładam nadludzki wysiłek, żeby podnieść dłoń i przejechać nią po policzku Luke’a. Żadnej reakcji, jednak nie zachęca mnie to do przerwania eksperymentu. W jakim stopniu interesuje go tamta blondynka…
Szumi mi w głowie, odczuwam buzujący w moich żyłach alkohol, który dodaje nieco odwagi. Postanawiam sięgnąć po cięższą artylerię. Szybko, jakby w obawie, że się odsunie, składam delikatny pocałunek na jego aksamitnych wargach, a później kolejny i następny. Staje się on coraz bardziej zachłanny z każdą chwilą. Gdy Luke postanawia pozwolić mi na więcej, rozchyla lekko wargi, dając tym samym zielone światło na dalszą zabawę. Mój język powoli wślizguje się przez usta Hemmingsa. Gdy odnajduje jego język, zaczynają szalony taniec, spragnione tej bliskości.
Będąc trzeźwą pewnie nigdy bym się na coś takiego nie odważyła, a nawet przyłożyła temu aroganckiemu chłoptasiowi, jednak ilość wypitego alkoholu przyćmiewa mój umysł. Przez to podejmuję decyzję o posunięciu się krok dalej. Sięgam dłońmi do paska jego spodni, próbując go rozpiąć, nie przerywając tym samym pocałunku. Chłopak najwyraźniej nie zamierza tak szybko przechodzić do rzeczy, gdyż łapie mnie za nadgarstki i przytrzymuje je nad moją głową. Dziwię się, kiedy przerywa pocałunek i raczy przepraszającym spojrzeniem.
— Nie możemy… — Stwierdza.
— Bo nie jestem tą blondyną z klubu?! — Wstępuje we mnie złość.
Luke odrywa się ode mnie i rusza w stronę wyjścia. Nawet nie patrzy w moją stronę. Zatrzymuje się jedynie w drzwiach, by w następnej chwili oprzeć swoje ciało o ich framugę. Cały ten czas patrzę na niego z wyrzutem wymalowanym na twarzy.
— To nie ma z nią nic wspólnego. Jak wytrzeźwiejesz i zdecydujesz, że tego chcesz, przyjdź. Inaczej będziesz żałować, a ja nie mam zamiaru wysłuchiwać później twoich lamentów.
Opuszcza pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. Jestem pozostawiona samej sobie. Nie zamierzam odpuścić tak łatwo. Podchodzę do drzwi, za którymi zniknął Luke, po czym uchylam je lekko. Dostrzegam blondyna, który rozmawia z Ashtonem pijącym whiskey w salonie.
— Gratuluję ci silniej woli, stary. — Irwin zwraca się do przyjaciela, potrząsając szklanką. Najwyraźniej musiał nas usłyszeć.
— To nie silna wola, tylko maniery. W końcu przez jakiś czas miałem wzór do naśladowania, mojego ojca. Był prawdziwym dżentelmenem, który nigdy nie wykorzystałby kobiety. Wpoił mi tę najważniejszą lekcję zanim odszedł. To żadna sztuka skorzystać z okazji i zabawić się z pijaną małolatą. — Luke wyprowadza kolegę z błędu.
Blondyn rusza następnie w stronę szatni, chcąc opuścić posiadłość. Zanim jednak udaje mu się zniknąć za ścianą, dociera do niego głos Irwina:
— Dokąd idziesz?
— Poczuć, że żyję.
Następnie oboje tracimy go z oczu. Zamykam za sobą drzwi i z trudem wracam na łóżko. Ciekawe, gdzie zamierza się teraz szwendać. Zapewne jedzie odwiedzić pewną blondynę, żeby zedrzeć z niej ubranie. Nawet ślepy by zauważył, że coś między nimi jest na rzeczy. Skoro nawet zmiana ubioru nie pomaga i nadal nie jestem "atrakcyjna" to nie ma sensu katować się więcej w kiecce. Nie będę udawać, że potrafię wyglądać jak prawdziwy obiekt pożądania.


1 komentarz:

  1. Hejka ♥️
    Jestem pełna podziwu, że Marisa, jak na osobę, która niezbyt dobrze czuje się w takich skąpych kieckach, jednak ją założyła. Ja na jej miejscu bym zaprotestowała i założyła coś skromniejszego.
    Dopóki nie przeczytałam, że klub jest własnością Luke'a, byłam negatywnie nastawiona do tego wyjścia. Nie dziwię się, że Marisa miała obawy. W obecnej sytuacji ryzykiem jest wychodzenie na zewnątrz i pokazywanie się ludziom. Póki co lepiej się nie narażać, tym bardziej że nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi i kto zagraża bohaterce. Tak naprawdę każdy może być tym złym.
    Rozumiem Marise, że była niechętna do tańca, bo sama niezbyt dobrze potrafię tańczyć i zazwyczaj alkohol pomaga mi się przełamać xd
    Nie spodziewałam się spotkania z Jonathanem. Prawdę mówiąc nawet zapomniałam, że ktoś taki jest XD Z drugiej strony nierozsądne było, że zdecydował się przyjść właśnie do klubu brata, skoro z góry było wiadomo, że jest na straconej pozycji.
    Widzę, że nasza bohaterka jest zazdrosna o blondyna :D A w momencie, gdy się pocałowali, aż w to nie wierzyłam. Zaskoczyłaś mnie. Nie sądziłam, że wydarzy się to tak szybko. Ciekawe czy Marisa następnego dnia będzie w ogóle pamiętała o tej sytuacji. I czy Luke też mógłby coś czuć do Marisy. Podobnie jak bohaterka pomyślałam, że wrócił do blondynki.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział i na dalszy rozwój relacji Marisy i Luke'a ♥️
    Pozdrawiam cieplutko,

    Maggie

    OdpowiedzUsuń