sobota, 1 maja 2021

Chapter 23

Hej! Z tym rozdziałem również miałam malutki problem, jednak poszedł jakoś sprawnie. Nawet wymyślenie nazwy zespołu czy tej nieszczęsnej piosenki nie zajęło dużo czasu. Nie jestem w tym dobra, bardziej wolałam pisać wiersze, jednak sens przekazany. Co się dalej wydarzy? Czas pokaże. Miłego czytania!


Przynajmniej kilka dni zajmuje mi ta cała ich nauka przetrwania, w przerwach natomiast realizujemy różne, egzotyczne pomysły Hemmingsa. Spędzanie z nim więcej czasu nie wychodzi mi na złe, coraz bardziej się do niego przekonuję. Nie jestem specjalnie dobra w prowadzeniu samochodu czy strzelaniu z broni palnej, jednak wystarczy to, aby kogoś spowolnić, zapewnić sobie możliwość ucieczki. W tej chwili tylko tym mogę się zadowolić, ale nie mam na co narzekać. Dzięki temu mogę jechać z nimi do Sackville, a to już samo jest rekompensatą. Co tam zastaniemy? Kolejny makabryczny widok, jak w sierocińcu? Nie wiem, więc gdybanie na ten temat nie ma sensu, już wkrótce się przekonam.
Przyglądam się twarzy kierowcy, z którym mam okazję podążać do celu naszej misji. Blondyn jest skupiony na drodze, co jakiś czas zerka we wsteczne lusterka znudzonym spojrzeniem. Ciężko stwierdzić, co go tak naprawdę nudzi — ta przejażdżka czy moje towarzystwo.
— Jak myślisz, czego możemy się spodziewać? — Próbuję jakoś zagadać.
— Raczej nic miłego, w końcu nie należą do grona subtelnych osób. Zastanawia mnie tylko, czemu chodzi tu o twoją rodzinę. Może to po prostu przypadek? Skoro się nie znacie, to nawet nie powinni o tym wiedzieć. Może faktycznie tak jest. Jeżeli założymy taką ewentualność, to może ktoś inny pociąga za sznurki? Kim jest ten trzeci gracz, jeśli w ogóle istnieje?
— Już sama nie wiem, co o tym myśleć. Pytania same się mnożą, a odpowiedzi zero. Czemu komuś miałoby zależeć na powrocie do tej sprawy po tylu latach? Dlaczego akurat teraz…
Chłopak spogląda na telefon, żeby upewnić się, że zmierzamy w dobrym kierunku. Jesteśmy już prawie na miejscu, z oddali dostrzegam wierzchołki budynków. Dachówki na kształt trójkątów pną się w górę, chcąc dotknąć nieba. Drogę do nich pokonujemy w kilka minut. Rozmiary różnokolorowych budowli wydają się imponujące. Z tak bliskiej odległości nie jestem w stanie dostrzec ich rzeczywistej wielkości.
Kiedy wjeżdżamy do centrum, wprost nie mogę się napatrzeć. Jest ono niemal w całości pokryte zielenią, do której nie mają dostępu samochody. Wszystko dokładnie odgrodzono, aby tylko ludzie mogli przekroczyć te tereny. Wzdłuż ścieżek wyłożonych kostką brukową umiejscowiono ławki, przy których mieszkańcy mogą w spokoju zażyć odpoczynku. Na samym końcu dróżki widnieje ogromny marmurowy pomnik w towarzystwie kamiennych postaci. Nie wiem, kim oni są, ale na pewno informacje o tym zawarto na monumentach. Otoczony jest ogromną ilością doniczkowych kwiatów. Dostrzegam, że miejscowi nie tylko korzystają z ławek, ale mogą skorzystać z dobrodziejstw terenów zielonych i urządzają sobie pikniki, zajmując miejsca na kocach, które służą im do wygodnego siedzenia i zapobiegają ubrudzeniu ciuchów. Wokół nich biegają dzieci wesoło pokrzykując. Wyglądają na prostych ludzi, którzy cieszą się tym, co aktualnie mają. Mogą oni również skryć się przed słońcem między dziko rosnącymi drzewami. Droga, którą jedziemy jest znacznie oddalona od centrum, żeby hałas oraz spaliny samochodów przeszkadzały w niewielkim tylko stopniu. Nawet najbliższe sklepy znajdują się po drugiej stronie jezdni.
— Panuje tu taka harmonia. Tereny zielone są odizolowane od całej reszty, żeby tylko zapewnić mieszkańcom trochę oddechu od codzienności. Mogą obcować sobie z naturą pomiędzy budynkami, sklepami oraz autostradą, które są od nich w miarę oddalone. Jestem pod wrażeniem. — Nie mogę oderwać wzroku od centrum, dopóki go nie opuszczamy.
— Niestety muszę cię rozczarować, ale nasz cel znajduje się na obrzeżach. Gdyby nie fakt, że sprawa z Woodstown wciąż się nie rozwiązała, a ciebie poszukuje policja, moglibyśmy się tam zatrzymać chociaż na chwilę. — Oznajmia.
— Nie dobijaj mnie.
Nie pozwala mi o tym zapomnieć. Sprawa wybuchu w sierocińcu wciąż się przedłuża, a bez moich zeznań nie ruszą z miejsca. Wszyscy obecni oskarżają mnie, jak to twierdzi Catia, więc pojawienie się nagle z wyjaśnieniami i bez żadnego oparcia dowodowego nic nie da. Zdaję sobie sprawę, że tylko pogarszam swoją sytuację, jednak pojawienie się po wcześniejszej ucieczce tylko podważy moją wiarygodność. Jak się pospieszę i uzbieram potrzebne informacje, wtedy wszystko przedstawię policji.
— Oby rozwiązanie tej zagadki dało mi też dowody w sprawie wybuchu. Nie chcę pójść do pierdla za coś, czego nie zrobiłam.
— Nie było cię wtedy w jej pokoju, nie ma twoich odcisków palców na miejscu zbrodni. Zobaczysz, to tylko kwestia czasu, aż sprawa sama się wyjaśni.
— Nie miałam pojęcia, że z ciebie taki optymista.
Nawet na to nie odpowiada, po prostu uznaje temat za zakończony. Podążamy za współrzędnymi wskazanymi na skrawku papieru, a kiedy doprowadzają nas one na kompletne zadupie, podłamuję się. Teren pokrywają jedynie lasy, niewielka drewniana stodoła oraz zgliszcza domu, który najprawdopodobniej został spalony. Nic więcej.
— Jesteś pewien, że to tutaj? — Nie dowierzam.
— Tak, GPS zaprowadził nas dokładnie w to miejsce.
Opuszczamy pojazd Luke’a. Zaraz za nami pojawiają się znane nam Mitsubishi oraz Audi. Mike, Ashton oraz Aileen podążają w ślad za nami. Rozglądamy się wokoło, starając wychwycić jakiś szczegół, który nie jest widoczny na pierwszy rzut oka. Przechadzamy się po nierównym gruncie, co róż wpadając na jakieś niewielkie kamienie. To miejsce od dawna musi stać zapomniane. Nie ma tu żywej duszy, a trawa sięga nam przynajmniej do kolan. Przemieszczamy się w stronę stodoły w nadziei, że to może tam ukrywają się odpowiedzi. Otworzenie spróchniałych drzwi nie należy do najłatwiejszych zadań, jednakże chłopaki jakoś sobie radzą.
Stawiamy pierwsze, niepewne kroki na betonowej posadzce. Od razu włączamy latarki w telefonach, gdyż jest tu dość ciemno, pomimo wczesnej pory. Oświetlamy pomału każdy centymetr konstrukcji, która nie wygląda na wytrzymałą. W prawym rogu stodoły umiejscowiono równo ułożone kawałki drewna. Zajmują one dużą część przestrzeni. Zaraz obok stoi przyczepa również zbudowana z drewna, jednakże jest ona pusta. Z lewej strony umiejscowiono natomiast rząd metalowych szafek. Chłopaki już zajmują się ich przeszukiwaniem, jednak mogą pominąć jakiś szczegół. Podchodzę do nich, żeby doglądać ich poczynań. Jakieś robocze ubrania, rękawice, kilka narzędzi. Nic, co wydaje się istotne.
— To chyba jakiś kiepski żart, nic tu nie ma. — Do mych uszu dociera głos niezadowolonego Ashtona.
Sama jestem zawiedziona. Poprzednia poszlaka była prosta do znalezienia, położona na widoku. Tym razem jest trudniej, nie ma żadnego punktu zaczepienia z wyjątkiem tej stodoły. Wątpię, żeby w zgliszczach cokolwiek dało się ukryć, ale to ostatnia deska ratunku.
— Mówicie, że GPS się nie pomylił i wskazał dokładnie to miejsce. Pierwszy skrawek nie był jakoś specjalnie ukryty. Jeśli wiadomość przeznaczono dla mnie, to ktoś chce, żebym tu trafiła. Musi mieć pewność, że odnajdę to, co przyszykował. — Rozmyślam na głos. — Zabezpieczył się już, gdyby ktoś inny odnalazł tamten kawałek papieru. Użył atramentu sympatycznego, żeby ukryć dokładne współrzędne celu… — Pocieram brodę dłonią, próbując poskładać to w całość. — Poza tą stodołą jest tylko kupka gruzu, która została po jeszcze jednym budynku. Tylko to nam pozostało. — Kieruję się w stronę wyjścia, a pozostali bez słowa podążają za mną.
Gaszę latarkę, chowam telefon do kieszeni jeansów i szybko pokonuję drogę dzielącą stodołę od zgliszczy. Przerzucamy gruzy, w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki, jednak nasze starania na niewiele się zdają. Nic nie przykuwa naszej uwagi. Coraz bardziej nachodzi mnie zwątpienie, w końcu nie ma już czego tu przeszukiwać.
— Wyprowadził nas tylko w pole. Niczego nie znaleźliśmy… — Mike wydaje się być zrezygnowany.
— Już sama nie wiem… W końcu ktoś nas tutaj pokierował, ale dlaczego? — Wzdycham.
— Najwyraźniej podał złe współrzędne albo chciał z nas zakpić. — Aileen przeskakuje przez stertę gruzu, żeby miękko wylądować na trawie. — Zbierajmy się, sprawdziliśmy już wszystko. — Stawia krok, a później kolejny, który okazuje się zaskakujący.
Dziewczyna jakby znika, zapada się pod ziemię, czemu towarzyszy jej krzyk. Nie mamy pojęcia, co tak właściwie się dzieje, ale od razu biegniemy w stronę, gdzie widzieliśmy ją po raz ostatni. Między długimi kępami trawy ukryta jest ziejąca dziura, do której prowadzi zardzewiała już drabina. Nie dostrzegamy niczego, jedynie ciemność.
— Aileen, żyjesz?! — Krzyczę najgłośniej jak tylko potrafię.
— Tak, ale obiłam sobie tyłek! — Po chwili dociera do nas jej odpowiedź.
— Już do ciebie idziemy! — Po tych słowach zaczynam schodzić po drabince przymocowanej do ściany.
Kiedy wyczuwam pod stopami podłoże, przystaję, wyciągam telefon i ponownie posiłkuję się latarką. Podążam wiązką światła od mojej prawej. Nie dostrzegam tam nic, jedynie betonową ścianę, żadnych innych elementów. Gdy przesuwam światło odrobinę w lewo, moim oczom ukazuje się brunetka masującą obolałe cztery litery. Podbiegam do niej i pomagam dziewczynie wstać.
— Jednak coś odkryłaś, brawo. To chyba jakiś podziemny schron przeciw burzowy.
Chłopaki za moment dołączają do nas. W pełnym składzie zaczynamy iść w jedyną możliwą stronę, czyli lewą. Nie ma tu wiele miejsca, korytarz jest wąski oraz krótki. Ku naszemu zaskoczeniu i przerażeniu zarazem, następnym obrazem, jaki maluje się przed naszymi latarkami są spalone zwłoki. Gdzieniegdzie widnieją kawałki kości, w innych miejscach można dostrzec mięśnie. Ręce, a raczej to, co z nich zostało są ułożone za plecami, jakby za życia ta osoba została związana. Nie jest jednak w zaawansowanym rozkładzie, jakby od jego śmierci nie upłynęło wiele czasu. W pomieszczeniu wciąż unosi się zapach spalenizny.
— Boże, co tu się stało. — Przyglądam się oniemiała, zakrywając nos i usta rękawem bluzy.
— Egzekucja, do tego wykonana niedawno. — Wyjaśnia Luke ze stoickim spokojem.
— To nie wszystko, spójrzcie tutaj. — Aileen wskazuje światłem ze swojej lampki na ścianę.
Wypisana na niej wiadomość brzmi "S517 — AIY. To chyba twój znajomy". Jest on wściekle czerwony, jakby namalowany farbą. Luke podchodzi do niego, dokładnie mu się przypatruje, przejeżdża dłonią po literach, po czym oznajmia:
— To krew. Poza tym, o co chodzi z tymi cyframi? Wyglądają jak… rejestracja.
Od razu włosy stają mi dęba, kiedy blondyn wypowiada ostatnie słowo. Faktycznie, umieszczenie liter oraz liczb strasznie przypomina pewną rejestrację, tak dobrze mi znaną. Nie mogąc już dłużej wytrzymać ogarniającego pomieszczenie smrodu, a także zdenerwowania, odsuwam się w najdalszy kąt pomieszczenia, po czym osuwam się na posadzkę. Następnie zwracam całą zawartość żołądka.
— Masz rację, to jest rejestracja… — Przerywam na chwilę, żeby wytrzeć łzy, które spływają po moich policzkach. — Należy do dyrektora liceum w Woodstown. Jego syn uciekł przed tamtymi psychopatami, którzy nie dają mi spokoju. Pobili się w szkole jakiś czas temu, interesy im nie wypaliły… Myślałam, że po prostu dobrze się ukrył, ale byłam w błędzie… To Andrew.
Nie mogę w to uwierzyć. Dyrektor tak usilnie stara się go znaleźć, liczy, że chłopak wciąż żyje, podczas gdy jego zwłoki leżą tutaj częściowo zwęglone. Nie był mi szczególnie bliski, jednak zamieszany w tę popapraną sprawę… I teraz nie żyje. Czy gdybyśmy zjawili się wcześniej, moglibyśmy go uratować? Kto będzie następny? Opieram dłoń o podłoże, żeby jakoś się podnieść. Ku mojemu zdziwieniu, napotykam na jakiś przedmiot. Kieruję wiązkę światła w tym kierunku.
— Spójrzcie. — Zwracam się do pozostałych.
Właśnie w ręce trzymam drugi fragment mapy oraz plastikowe opakowanie z płytą CD. Nie wygląda ona nadzwyczajnie. W środku znajduje się krążek zespołu muzycznego, a na opakowaniu tekst jednej z piosenek. Kilka słów zaznaczonych jest czerwonym flamastrem.
— Możemy pogadać o tej sprawie w domu? Chcę się stąd wydostać, proszę. — Spoglądam na nich błagalnie, załzawionymi oczami.

***
Jestem wdzięczna pozostałym, że ulitowali się nade mną i bez żadnych zbędnych komentarzy opuściliśmy tamto chore miejsce. Zakryliśmy wejście deskami, żeby nikt nie odnalazł wejścia. Całą drogę do Willi pokonaliśmy w milczeniu. Nie czuliśmy się na tyle komfortowo po tym znalezisku, żeby beztrosko sobie żartować. Aktualnie wszyscy znajdujemy się w salonie, próbując ustalić, co powinniśmy dalej zrobić. Przedmioty leżą na stoliku.
— O co chodzi z tą płytą? — Pyta Hemmings.
— To krążek zespołu "One Moment With You". Mój ojciec ich uwielbiał, na pierwszą randkę poszli z matką właśnie na ich koncert. Bardzo często jej słuchał, może tego feralnego dnia również? Nie jestem pewna, nie mogę sobie przypomnieć… — Rozmasowuję skronie. — W każdym razie słowa jednej z piosenek są zaznaczone flamastrem. Na pewno nie bez powodu.

"Wyznaj, moja miła,
Jak bardzo za mną tęskniłaś.
Powiedz mi, proszę,
Czemu winy me tak łatwo odstraszyły cię.
Chowasz przede mną oblicze swe,
Raniąc przy tym serce me.
Pragnę tylko, byś mi przebaczyła,
I szczerym uśmiechem uraczyła.
Mówisz, że skrzywiłem cię,
Lecz prawda wykrzywi ze zadziwienia usta twe.
Grzechy przeszłości za mną ciągną się,
Utrudniając dogadanie z tobą się.
Kiedyś ją poznasz, gdy przyjdzie na to czas,
Dlatego nie skreślaj tak szybko nas.
Wystarczy jeden twój krzyk,
a bez chwili zawahania przybędę.
Jesteś jak miód dla mego serca,
Twoje jedno słowo uratuje zbolałą duszę mą.
Teraz odejdę, by naprawić błędy swe,
Kiedyś na pewno znów odwiedzę cię.
Nie zapomnij o kochanku swym,
Który chce jeszcze zobaczyć uśmiechniętą twarzyczkę twą."

— Kiczowaty ten tekst, jak ludziom to się może podobać. Brzmi bardziej jak jakaś mdła poezja. — Luke kręci głową z niedowierzaniem.
— Mniejsza z tym. Podkreślony flamastrem tekst ma jakiś sens. "Wyznaj winy swe. Tylko prawda uratuje duszę twą." O co może chodzić? Jakie winy ma na myśli? — Wytężam swoje szare komórki.
Ktoś chce wyznania win, ale nawet nie podsunie żadnej wskazówki, co mu się w moim zachowaniu nie podoba. Skoro sprawa dotyczy mojej rodziny to znaczy, że musi chodzić o mnie. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zalazła komuś za skórę. Moje winy, moje grzechy. Czym mogłam tego kogoś tak zdenerwować, że posuwa się do drastycznych działań?
— Nie potrzebujemy więcej dowodów, żeby potwierdzić jedno. Ta sprawa na sto procent jest powiązana ze mną. Wybuch w sierocińcu i ten ogień, to przypomina trawienie mojego domu przez płomienie. Naszyjnik mojej matki, z którym nigdy się nie rozstawała… A teraz jeszcze spalone zwłoki, jak ich ciała… I ta płyta. To nie może być żaden zbieg okoliczności. — Zwracam się bezpośrednio do Luke’a, który z początku brał pod uwagę pomyłkę.
— Masz rację, dlatego lepiej, żebyś tu została. — Jego reakcja jest do przewidzenia.
— Nie ma mowy! Mam szansę odkryć prawdę, co tak naprawdę się z nimi stało. Ty byś odpuścił?
— To już nie są żarty. Ta pomylona zabawa robi się coraz bardziej niebezpieczna i pochłania więcej ludzi. Z resztą widzieliśmy twoją dzisiejszą reakcję. Możemy natrafić na coś jeszcze gorszego. Nie jesteś do tego przygotowana, po prostu odpuść i zostaw to nam, jakoś sobie poradzimy. — Blondyn krzyżuje ręce na piersi.
Poddać się, kiedy wreszcie wiem, jaką drogą podążać? Nie ma takiej opcji. Ciekawość rośnie wraz ze stopniem niebezpieczeństwa. Ma rację, jeśli chodzi o potworności, które możemy zastać, ale to mnie nie zniechęca. Widok zwłok jest nieprzyjemny nie tylko dla mojej osóbki, pozostali też z trudem ukrywają swoje poruszenie tą sytuacją. Wszyscy poza Hemmingsem.
— Wy również tego wszystkiego nie zniesiecie sami. Poza tym możecie pominąć ważne szczegóły. Jestem wam potrzebna na miejscu. Nie odbieraj szansy, którą wcześniej mi dałeś. To tylko jeden mały incydent.
— Luke może mieć rację. Bezpieczniejsza będziesz tutaj. Jeśli znajdziemy się w trudnej sytuacji, nie możemy zagwarantować ci wyjścia z tego cało… To dla twojego dobra. — Aileen popiera stanowisko blondyna, a Ashton i Mike tylko jej przytakują.
— Nawet ty jesteś przeciwko mnie?! Na niczym mi tak nie zależy jak na poznaniu prawdy… Nie potrzebuję bezpieczeństwa tylko odpowiedzi. Jeżeli nie zechcecie mi pomóc, sama sobie poradzę. W sumie to ja nie powinnam was mieszać w swoje sprawunki. Może lepiej, żeby nasze drogi tu się rozeszły… — Nie widzę żadnych sensownych argumentów, aby ich przekonać, więc stawiam wszystko na jedną szalę.
Pomału wstaję z aksamitnego obicia kanapy, chcąc pokazać pozostałym, że mówię poważnie. Obserwuję ich reakcje, dostrzegając zmieszanie na twarzach towarzyszy. Nie muszą mnie niańczyć… Do rozwiązania tej całej zagadki też nie są mi niezbędni…
— Dlatego nienawidzę współpracować z upartymi małolatami. — Hemmings wzdycha. — Nasze sprawy są powiązane, dopóki ci idioci nie odpuszczą. Jeśli będziesz sprawiać jakieś problemy, naprawdę cię tu zostawię. Zróbmy sobie małą przerwę od tego bałaganu, żeby ochłonąć.
— Zgoda. — Ponownie opadam na zajmowane wcześniej miejsce i podnoszę skrawek ze stolika. — Następnym celem naszej podróży jest… Nie, to niemożliwe.
— Co się stało? — Mike marszczy brwi.
— Euri Creek, znam to miasto… — Wciąż nie mogę oderwać wzroku od kawałka mapy wskazującego kolejną miejscowość.
— Świetnie, łatwiej będzie ci coś znaleźć. — Stwierdza Ashton. — Byłaś tam na jakiejś wycieczce czy co?
— To rodzinna miejscowość mojej matki.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza